Archive for the 'Życie' Category

Wywiad z Marylą Rodowicz

Reklamy

Wywiad z Edytą Piechą, Narodową Artystką ZSRR

EP: Od lat mam taką tradycję, by w dniu urodzin prezentować swojej publiczności koncert, na którym poprzez swoje piosenki pokazuję swój życiorys. Tym razem będzie to spotkanie z Wilnem mojej młodości,  z miastem, w którym występowałam mając lat 20-25. Mieszkałam kiedyś w akademiku z koleżanką z Wilna, mam w Wilnie bardzo dużo niezrealizowanych sympatii.

 WM: W Wilnie zapewne pamietają jeszcze Pani występy z zespołem „Drużba”…

EP: Z „Drużba” rozstałam się 31 lat temu, w 1976 roku. Tak się złożyło, że pan Broniewicki – mój pierwszy mąż, którego zawsze będę pamiętała jako swojego stworzyciela – bo to on stworzył artysktę Edytę Piechę, ale nie chciał pogodzić się z tym, że chciałam być już po prostu Edytą Piechą, a nie solistką jego zespołu. W ten sposób po dwudziestu latach rozstaliśmy się. Ja to wytrzymałam, a on nie wytrzymał, bo zmarł w 1988 roku, niestety. Ale były to pierwsze występy i wszystko, co jest w młodości, jest oczywiście wsaniałe. A dalej już idzie walka o to, żeby być.

WM: Na swojej drodze życiowej poznała Pani wiele wspaniałych znakomitości, wiele wybitnych osobowości. Które z tych spotkań są dla Pani najdroższe?

EP: Nie zdążyłam osobiście poznać Edith Piaf. Po raz pierwszy miałam pojechać do Paryża z występani w 1961 roku, ale miałam wówczas polski paszport, więc nie pozwolono mi. Największą artystką mojego życia była także Marlena Dietrich. W 1968 roku występowała ona w Leningradzie, byłam na jej występie i dostałam nawet autograf, ale ukradli mi go później. Ale za kulisami była nieprzyjemna, taka „woskowa” pani, chociaż patrząc na nią jako widz byłam oczywiście zachwycona. Babcia z najładniejszymi nogami na świecie.

Była też taka Klaudia Szulżenko. Bardzo chciałam czegoś się od niej dowiedzieć. Szulżenko zaprosiła mnie do siebie, śpiewała w swoim mieszkaniu w Moskwie osobiście dla mnie. Było to bardzo duże szczęście dla mnie – jako dla artystki. Później, gdy obchodziłam 25-lecie działalności artystycznej, pani Szulżenko wyszła na scenę „Rossiji” i podarowała mi bukiet różowych goździków – były to jej ulubione kwiaty. Stało się wówczas coś wspaniałego w moim życiu, bo ja uczyłam się być artystką obserwując jej występy, znając ją, podpatrując wszystko to, co robi. Kiedyś zapytałam, jak trzeba zrobić, żeby „ręce śpiewały” tak ładnie jak u pani. Odpowiedziała mi, że, że jeśli serce śpiewa, to i ręce zaśpiewają. „Tylko nie nogi” – powiedziała mi wtedy.

Dostawałam też dużo kwiatów od kosmonautów.  Znałam dobrze pana Gagarina, spotykaliśmy się często na różnych występach. Graliśmy w siatkówkę kiedyś i coś mi się stało z nogą. Gagarin wziął mnie na ręce i zaniósł do punktu medycznego. Dobrze zanałam Titowa, z panią Tierieszkową byłyśmy znajome. Z Polaków znałam Sławę Przybylską. Nie znam angielskiego, więc mogę mówić tylko o tych, których rozumiem – Polaków, Francuzów, Niemców. Na Kubie też cudownie mnie określono – „La seniora cancone”.

WM: Jak się Pani czuje z tym?

EP: Czuję się jak eksponat w dobrym muzeum. Wiem, że ludzie szanują mnie, obdarowują mnie kwiatami. Gdy miałam podwójny jubileusz 31 licpa, dostałam trzy samochody kwiatów. To olbrzymie szczęście dla artysty. Dlatego czuję, że coś w tym życiu naprawdę zrobiłam dobrego, byłam potrzebna na tej ziemi. Jest to bardzo przyjemna misja dla mnie. Czuję się jak misjonarz, bo przez piosenki daję ludziom wiarę, dobroć, nadzieję, miłość. Wszystko to, czego nie miałam – straciłam ojca mając 4 lata. Wiedziałam, że muszę coś w życiu robić, by nikt mi nie zarzucił, że jestem niedobra czy najgorsza. Chciałam być zawsze silna. I to mi wyszło jakoś.

W polskiej szkole miałam bardzo dobrą nauczycielkę. Nazywała się Stanisława Kuchalska. Bardzo dużo o życiu dowiedziałam się od tej pani. Nauczyła mnie wierzyć w to, że człowiek wszystko może, jeśli bardzo będzie tego chciał. I najważniejsze jest wierzyć w Boga, we wszystko, co na tym świecie jest wokół nas. Jestem trochę staromodna, ale to mi nie przeszkladza.

WM: Myślę, że nie jest Pani staromodna, tylko klasyczna.

EP: Dziękuję bardzo.

WM: Dziś ma Pani swojego rodzaju „kontynuację” w postaci wspaniałego wnuka…

EP: W związku z moim podwójnym jubileuszem kilka kanałów rosyjskiej telewzji robiło o mnie filmy dokumentalne. Jeden z kanałów zorganizował wyjazd do małego miasteczka górniczego na północy Francji, w którym się urodziłam. Nazywa się Noyelles-sous-Lens. W tym miasteczku do dziś mieszka 70 proc. Polaków, ponieważ na początku ubiegłego wieku bardzo dużo emigrantów z Polski przyjeżdżało tu do pracy.

I gdy byłam na początku lipca, to mer miasteczka – Polak – pan Janiszewski, powiedział: „Siedemdziesiąt procent Polaków jest dumnych, że Polka jest też lubiana w Rosji, ale znaleźliśmy w internecie jeszcze jednego Polaka – Stanisława Piechę. Kto to jest?”. Odpowiadam – „Ktoś bardzo „obcy”  – mój wnuk!” Staś ma ojca Litwina. Bardzo się cieszę, bo jest podobny do niego – wysoki, przystojny i utalentowany. Coś ma ode mnie, coś od Petrasa. Ojciec Stasia, Petras Gerulis, mieszka dziś w Wilnie albo w Kownie. Małżeństwo to nie trwało bardzo długo, ale moja córka mówi, że Staś jest dzieckiem miłości. Petras był bardzo przystojny i Staś dużo po nim odziedziczył. W ten sposób automatycznie mam coś wspólnego z Litwą.

WM: Czy zdarzają się dyskusje pomiędzy Panią a wnukiem?

EP: Niestety. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ wychowywałam się sama. Nikomu nie byłam potrzebna. Mój ojczym i mama uważali, że muszę jak najszybciej zdobyć zawód, mama chciała żebym została krawcową i zarabiała pieniądze. A ja powiedziałam, że będę nauczycielką, bo pani Kuchalska powiedziała, że ja potrafie być nauczycielką, mam zdolności pedagoguczne. Tak się stało, że nie byłam nikomu potrzebna, ale wiedziałam, że muszę być silna. Jak się urodziła moja córka, do 15 lat wychowywaąa ją babcia Łotyszka. Nie miałam innego wyjścia i musiałam zostawić córkę u babci.

Byłam artystką, a moja córka byla wychowywana przez babcię Erike. Córka też wyrosła i powiedziała: „Ja też wiem, co mam w życiu robić, nie musisz mnie wychowywać, sama zrozumiem, co jest dobre, a co złe”. Ilona ukończyła Instytut Teatralny, właśnie tam zakochała się w Petrasie. Niestety, związek ten nie trwał długo. Petras jest 10 lat starszy od Ilony. Ona w tej chwili ma 46 lat, on – 56. Tak się złożyło, że każdy wychowywał się sam i nigdy bym sobie nie pozwoliła Ilonie powiedzieć: „Ty to robisz źle”. Powiedziałabym tak jak zawsze mówiłam: „Jak sie pościelisz, tak się wyśpisz”.

Stasiowi więc nieraz mówię, wiesz, byłoby dobrze gdybyś posłuchał piosenek Marka Bernesa. A on odpowiada, Edyto, a kto to jest? Ale widzę, że mój wnuk śpiewa z wyczuciem. Ma dobre serce, pisze wiersze satyryczne, jest utalentowany. Bóg postarał się, żeby na tym świecie miał coś do powiedzenia i to mu dobrze wychodzi na razie. I bardzo proszę Boga, aby wnuk mógł zatrzymać się na scenie dłużej, niż wszyscy ci, którzy dziś rodzą się na scenie jako artyści.

WM: Podobno ma Pani dyplom psychologa…

EP: Mam ukończonych 6 lat na fakultecie filozofii. Fakultet psychologii powstał dopiero 3 lata po tym, gdy ukończyłam uniwersytet. Nie miałam możliwości obrony swojego dyplomu, a temat dyplomu brzmiał: „Wzajemne relacje pomiędzy artystą i publicznością”. Profesor Ananis, który wykładał psychologię osobowości, powiedział: „Miałem szczęście kilka razy być na Pani występach. Pani już swój dyplom napisała. Może Pani nie pisać pracy dyplomowej, bo wierzę Pani. Po co tracić czas na papierek, który jeden raz albo kilka razy ktoś przeczyta?”.

W ten sposób mam tylko książeczkę studencką. W ciągu 6 lat dostałam tylko cztery czwórki, reszta – same piątki. Bo ja nie potrafię nic robić byle jak. Zawsze miałam podczucie godności. Zrobiłabym dobry dyplom, ale to zajęłoby mi kilka miesięcy, a wówczas urodziła się moja córka i nie miałam wolnego czasu. Mam papierek, na którym jest napisane: „Zaliczyła 6 lat na Fakultecie Filozofii, Wydział Psychologii”. Później już przeczytałam aforyzm – „Czym jest dyplom? Jest to świadectwo tego, że miałeś okazję czegoś się nauczyć w tym życiu”. Świadectwo to zgubiłam, ale nauczyłam się dużo. Chciałam być dobrą nauczycielką, a zostałam artystką.

WM: Co Pani pomaga i daje siły w trudne momenty?

EP: Przede wszystkim wiara. Jak tatuś zmarł, mama miała 35 lat, tata 37. Za 4 lata zmarł mój brat, który miał 17 lat, ja wówczas miałam 7 lat. Mama zawsze mówiła: „Matko Bosko Częstochowska, pomóż mi to wszystko wytrzymać, wiem, nic nie zrobiłam złego, ale za co mnie wystawiasz na taką próbę?”. Zawsze mam przy sobie malutki obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, z którym nigdy się nie rozstaje. Dostałam go w dniu Pierwszej Komunii, gdy miałam 10 lat. Mam takie malutkie marzenie – pojechać do Częstochowy i pomodlić się przed Matką Boską Częstochowską, i podziękować Jej, że była zawsze ze mną – zarówno w trudne minuty, jak też najważniejsze chwile mojego życia. Obraz ten, podarowany przez księdza w 1947 roku w miasteczku Boguszów w Sudetach, nawet nie wyblakł, nadal jest jaskrawy, wszystkie kolory zachowały się. Matka Boska patrzy na mnie i pyta – „Jak żyjesz?”, a ja odpowiadam – „Dobrze, jeszcze żyję. Dziękuję, pomóż mi jeszcze trochę”. I tak żyjemy.

Wszystko to, co jest związane z moim zawodem nazywam służeniem ludziom, bo ja służę ludziom. Jako kobieta nie odczułam szczęścia, bo uważam, że kobieta powinna sama sobie szczęście stworzyć, a ja nie miałam czasu być kobietą, ponieważ zawsze byłam artystką, zaczynając od 19 roku życia, gdy wyszłam zamąż. Wszystko polegało na tym, by dobrze śpiewać, by ludzie wychodzili z sali koncertowej i moje piosenki zostawały w ich sercach. A jeżeli jeszcze przychodzili na mój występ, to rozumiałam, że znalazłam kluczyk do ich serca.

Poza tym, pomaga mi to, że zawsze staram się na siebie patrzeć oczami kogoś innego, z innego punktu widzenia. Staram się znaleźć przyczynę. Jeśli ją znajdę, wiem, że błędu tego nie powtórzę. I w ten sposób idę dalej, nie powtarzając tego, co było dla mnie przykrością. Tak samo jest z występami. Nigdy nie powiedziałam, że dzisiaj była zła publiczność. Wówczas mówię sobie: „Ty, Piecha, nie byłaś dziś godotwa do dobrego występu. Myśl o tym, co zrobiłaś źle”. Analizuję więc, myślę, doszukuję się w sobie przyczyny, aby następnym razem było lepiej. Zawsze staram się jutro być trohę lepsza niż wczoraj i to mi pomaga w byciu artystką. Ona musi kochać siebie, ale nie być zakochaną w sobie, nie tracić głowy.

WM: Które lata Pani uważa za najpiękniejsze w swoim życiu?

EP: Francja – to ponure koloory. Była wojna. Ojciec zmarł, brat zmarł, była żałoba, były bomby. Niemcy rozstrzeliwali górników, którzy stanowili ruch oporu. To wszystko takie czarne, smutne i zupełnie nie podobne do życia.

Później Polska. Po raz pierwszy jakby zobaczyłam słońce. Zobaczyłam, że chłopcy gwiżdżą bardzo głośno na dachu domu i puszczają gołębie. Nauczyłam się nawet gwizdać, choć mama mówiła: „Nie gwiżdż, bo nie będziesz miała pieniędzy”. Do dzisiejszego dnia przypominam sobie te 9 lat spędzonych w Polsce, pamiętam te pierwsze sekundy, te odczucia, gdy jakby „ślepy” człowiek zobaczył coś jasnego, coś ładnego, coś wspaniałego. Gwiśdżę na scenie, gdy mnie głośno oklaskują, mówię wówczas, że jestem szczęśliwa i, że urosną mi skrzydła i polecę wysoko.

Musiałam wywalczyć sobie prawo pójścia do liceum pedagogicznego i uczyć się tak, by przynosić stypendium, ponieważ ojczym powiedział: „Nie przyniesiesz pieniędzy, nie dam Ci chleba”. Musiałam więc walczyć, by zakończyć liceum, które zakończyłam jako prymuska. Walczyłam o to, by pojechać do Związku Radzieckiego. Był to rok 1955. Pamiętam, gdy podczas trzeciej tury najważniejszy w komisji egzaminacyjnej profesor Uniwersytetu Gdańskiego powiedział: „Z erudycją jest Pani trochę na bakier, ale jest Pani inteligentna i myślę, że da Pani sobie radę w Związku Radzieckim”. To było naprawdę błogosławieństwo.

Dlatego moje życie ma jak gdyby trzy części – francuską, następnie polską i wreszcie Związek Radziecki. Na początku było bardzo ciężko, bo nie rozumiałam rosyjskiego i musiałam uczyć się – uczyłam się języka z prac Karola Marksa. To było coś strasznego. Ale wytrzymałam to wszystko, a później zaczęłam być artystką. Była to także szalona praca. Śpiewałam to, co mi się podobało i myślałam, że tak zawsze będzie. Ale potem okazało się, że nie zawsze dobrze śpiewam, nie zawsze jstem w formie. A jak zrobić, żeby być w formie? A jak śpiewać? Jak wychodzić na scenę, żeby wszystko było w porządku? Tego wszystkiego musiałam dowiedzieć się sama, ponieważ nie skończyłam konserwatorium, ani szkoły teatralnej. Nie miałam zielonego pojęcia.

Ale wiedziałam, jak trzeba żyć na tej ziemi i jak mówił mój ojczym – „trzeba pracować, pracować”. Mama mówiła, że muszę być krawcową, musisz nauczyć się być dobrą żoną, a ja tu jestem artystką – zupełnie coś absolutnie nowego. Tak się złożyło, że nie był to ostatni odcinek mojego życia. Myślę, że jeszcze zrobię coś dobrego w tym życiu, może kogoś nauczę być dobrym artystą, ale na razie myślę o sobie. Zaproszono mnie, abym wykładała kurs etyki w Szkole Teatralnej.

WM: Jak często dziś używa Pani języka polskiego?

EP: Po polsku nie mówię już 52 lata, tylko czasami. Przyjaźnie się z konsulatem polskim w Petersburgu, pomogłam z występem z okazji 80. rocznicy podpisania stosunków dyplomatycznych polsko-rosyjskich. Pan konsul Jarosław Drozd bywa na moich występach. W związku z moim jubileuszem powiedział wspaniałe słowa: „Gdy się Pani urodziła, Pan Bóg powiedział – Trzeba ją pokochać, bo ona tego zasłużyła”. Czuję, że Pan Bóg mnie trochę pokochał.

Gdy w 1965 roku pojechałam po raz pierwszy występować w paryskiej „Olimpii”, a potem w 1969 roku po francusku prowadziłam dwuczęściowy występ leningradzkiego Music Hall’u – to myślałam, że już nie przypomnę języka francuskiego. Ale po dwóch tygodniach zaczęłam mówić tak, że po rosyjsku zaczęłam mówić źle.

WM: Była Pani pierwszą radziecką artystką, która wystąpiła na tych najbardziej prestiżowych scenach świata…

EP: Paryska „Olimpia” bardzo mi pomogła w życiu artystki. Miałam też szczęście wystąpić w Carnegie Hall w Nowym Jorku, ale był to występ nie dla amerykańskiej publiczności, tylko dla społeczności rosyjskiej. Do Carnegie Hall zostałam zaproszona przez towarzystwo „Ojczyzna” w 1985 roku. Miałam koncert 9 maja, zaśpiewałam piosenkę „Dień Pobiedy” i cała sala śpiewała ze mną. Ludzie płakali, a Amerykanie krzyczeli „brawo” i „bis”, bo dlatego, że jestem trochę inna. Dlatego zostałam 50 lat na scenie, bo jestem niepodobna do innych. Występ w Carnegie Hall była na bardzo wysokim poziomie. Potem jeszcze pięć razy zapraszano mnie zaśpiewać dla społeczności rosyjskiej. W Kanadzie śpiewałam też dla Polaków. Mam bardzo bogaty życiorys artystki, zaliczyłam około 40 państw, w których występowałam.

WM: Z jakim uczuciem przyjeżdża Pani do Wilna?

EP: Z nadzieją, że Wilno mnie spotka gorącymi oklaskami, że przyjdzie mnóstwo ludzi. Z okazji jubileuszu udzieliłam bardzo dużo wywiadów. Mówiłam nieraz żartobliwie do dziennikarzy, że chyba pańska mama czy babcia lubiła Piechę, więc przyszliście do mnie…

WM: Moja mama mówiła: „Pugaczowa jest wulgarna. Popatrz na Piechę, widzisz jaka jest? A wiesz dlaczego? Bo jest Polką!”

EP: Dziękuję bardzo, ba pewno to jest w krwi u wszystkich Polaków. Trzeba być zawsze ładnym, starać się zawsze nieść kulturę. To jest najważniejsze dla człowieka i dla kobiety. Pugaczowa jest bardzo utalentowana, ale ona o tym nie chce wiedzieć. A ja zawsze chciałam wiedzieć wszystko.

Dziękuję i proszę przekazać ukłony dla Pana mamy.

WM: O czym dzisiaj marzy Edyta Piecha?

EP: Przede wszystkim, aby być zdrową. Muszę uważać na siebie, pragnę być zdrową, aby móc obudzić się z rana i powiedzieć – „Jak ty się dobrze czujesz! To jest wspaniałe”. Trzeba tylko wierzyć. Najważniejsze moje marzenie – to być zdrową i życzyć zdrowia wszystkim ludziom. Życie każdego człowieka – to bumerang. Z jakimi uczuciami rzucasz go w przestrzeń, z tym samym do Ciebie wraca. Dlatego zawsze życzyłam ludziom szczęścia, dobroci, miłości i myślę, że ludzie też mi tego życzą. Dzięki temu jestem żywa i wyglądam nie na 70 lat, a trochę mnieji czuję się normalnie.

„Kurier Wileński”, 1.10.2007

Posłuchaj tej rozmowy w całości tu:  Wywiad z Edytą Piechą 

Wywiad z Krzysztofem Zanussim

Krzysztof Zanussi: „Na Litwie odradzają się polskie elity…”

WM: Zakończył się VI Tydzień Filmu Polskiego w Wilnie. Podsumowując program, na który się złożyło osiem najnowszych filmów reprezentujących współczesną kinematografię polską, odniosłem wrażenie, że we współczesnym kinie polskim kontynuowana jest tradycja kina moralnego niepokoju. Czy to jest prawda?

KZ: Tak, to jest prawda. Generalnie biorąc, problematyka etyczna jest jak gdyby napędem wszelkich konfliktów dramatycznych. Szekspir też zajmował się tó problematyką, o tym również pisał Molier. Ale kino moralnego niepokoju – to dość specyficzne rozumienie tych kwestii, problematyki moralnej, przymierzonej do rzeczywistości codziennej. Odbajdujemy ciągle ten sam niepokój, że żyjemy nie tak, jak byśmy chcieli, że mamy społeczeństwo nie takie, o jakim marzyliśmy. To ciągle powraca. Przeżyliśmy jakiś wielki przełom i chcemy być dumni z tego, co się stało w naszej części świata. Ale też widzimy, jak bardzo sami siebie zawiedliśmy. Jesteśmy gorsi niż przypuszczaliśmy. Więc to jest motyw, który się pojawia. Dlatego „Komornik” – to też jest kino moralnego niepokoju. To jest przedłużenie tego spojrzenia, które jest dla sztuki dość naturalne. Każdy artysta cierpi widząc, że życie tak bardzo pozostaje w tyle od ideału.

Nie mamy dzisiaj tak wielkiej pasji, by robić w Polsce kino na tematy polityczne, u nas nigdy nie mogło to istnieć za komuny, ale też to nie jest powołaniem sztuki. Sztuka traci na wartości, jeżeli zajmuje się polityką. Polityka jest sprawą podatków, ponieważ najważniejsza sprawa w polityce – to kto, gdzie i za co płaci. Natomiast zajmujemy się jednak stroną wartości, a nie pragmatycznych decyzji, jakie są naturalne dla świata polityki. Stąd jak są takie skrajne momenty w życiu społeczeństwa, to czasami pojawia się takie pragnienie, żeby artysta stanął wyraźnie po stronie… Artysta staje wyraźnie po stronie wartości, a nie politycznego ruchu. On chce bronić prawdy, wolności, czyli takich rzeczy, które są wartością absolutną. A kto tam jaką partię polityczną pod to „podczepia”… Wszyscy politycy mówią zawsze, że działają w imieniu jakichś wartości i wszyscy w jakimś stopniu troszkę kłamią.

WM: Niedawno w Polsce powstała nowa instytucja filmowa – Polski Instytut Sztuki Filmowej. Czy jest to szansa dla polskiego kina?

KZ: Jest szansą nie przez sam instytut, który jest po prostu działem administracyjnym, wykonawczym, ale przez to, że nowe prawo filmowe obciążyło kulturę procentowym podatkiem. Wszelką reklamę we wszystkich telewizjach – i prywatnych, i państwowych – obciężyło 1,5-procentowym podatkiem, jak też bilety sprzedawane do kina na wszystkie filmy, również amerykańskie. I wreszcie, 1,5-procentowym podatkiem obciążono wszystkich, którzy ściągają abonament.

To jest ogromny sukces polskiej klasy politycznej, ponieważ przeciwko temu były ogromne pieniądze, głównie amerykańskich koncernów i wielkich stacji telewizyjnych, które są już bardzo potężne. Dlatego o tym mówię tu, na Litwie, ponieważ trzeba uświadomić, że z takim prawem trzeba bardzo się śpieszyć, bo wprowadzili je Francuzi, w czasach, kiedy nacisk amerykański był jeszcze słaby: oni to zrobili już w latach 50-ch. Natomiast Włosi od dwudziestu lat próbują przeprowadzić takie prawo przez parlament i zawsze lobbing amerykański powoduje, że iluś tam parlamentarzystów wyłamie się i nie zagłosuje za tym, żeby tym super bogatym coś odebrać. Oni mają do dyspozycji wielkie środki. […]

Środowisko filmowe w Polsce już od lat posiada środki, których nie mają na przykład filmowcy rosyjscy. Nie mam pojęcia, czy mają je litewscy filmowcy. Przejęliśmy zarządzanie prawami autorskimi, więc Instytut Sztuki Filmowej jest bogatą instytucją. W tej chwili stać nas na współfinansowanie filmów, fundowanie stypendiów, wysyłanie młodzieży za granicę. Jesteśmy o wiele bardziej bogatsi, niż w czasach komuny. Zarządzanie prawami auroskimi daje nam pewien naturalny zysk obrotowy, który potrafimy zrobić, gdy w coś zainwestujemy. Układa się to nadzwyczaj szczęśliwie.

WM: Czy na tym gruncie w kinie polskim pojawiają się wielkie talenty wśród najmłodszej generacji filmowców? Czy mógłby Pan wskazać nazwiska, które są przyszłością polskiej kinematografii?

KZ: Jestem zarówno wykładowcą w szkole filmowej w Katowicach, jak i kolegą tych ludzi, których ewentualnie mógłbym wskazać. To jest zawsze bardzo kłopotliwe, bo jest to wystawianie cenzury. Widzę talenty, aczkolwiek najwięcej talentów pojawia się dopiero teraz, bo trzeba było 15 lat na to, żeby ta transformacja jakoś się wyklarowała. To jest czas zamętu. Pierwsze pokolenie, które przeszło ten przełom, w pewnym stopniu się pogubiło. Bardzo dużo moich kolegów oraz moich uczniów robi dzisiaj telewizyjne seriale, robi rzeczy kiczowate, zarabia pieniędze. Natomiast wśród młodszych widzę wielu interesujących, dobrych, twórczych osobowości.

Ale możemy mówić tylko o ludziach, którzy zrobili więcej, niż jeden film. Bo jeden film to się często udaje. Zobaczymy, kto naprawdę wypłynie. Jest pani Marta Piekosz – wybitna studentka, jest pan Chabicki, którego nie uczyłem, ale są to ludzie, których możemy wskazać palcem, że na pewno są zdolni. Jest pani Szumowska, która zrobiła dziwny, interesujący film, jest nieco starsza pani Kędzieżawska, która kontynuuje bardzo wyraźną linię swoich filmów. Nie mogę powiedzieć, że nie ma na kogo patrzeć, ale jest bardzo wielu młodych, którzy w tej chwili czekają na te fundusze, które pozwolą im łatwiej coś nakręcić.

WM: Od dawna można zaobserwować Pana twórcze powiązania z Rosją. Ma Pan sporo przyjaciół w Rosji, a w filmie „Persona non grata” jedną z głównych ról odgrywa wybitny rosyjski reżyser Nikita Michałkow. Jednocześnie możemy stwierdzić, że w Polsce kulturę rosyjską w pewnym sensie zepchnięto na margines. Jak Pan łączy te rozbieżności?

KZ: W Polsce jest ogromny odrzut dla kultury rosyjskiej. Jest to związane oczywiście z rosyjskim zaborem. Polska jest sklejona z trzech zaborów i dzisiaj niesłychanie różni się po tych zaborach. To zadziwiające, jak rzeczywistość sprzed stu laty jest ciągle obecna. Wrocław, Poznań czy Katowice – to są zupełnie inne miasta. I Warszawa, jak i Wilno, jest ze starego zaboru rosyjskiego, gdzie była najniższa kultura urzędnicza i najniższa kultura materialna, wobec czego te konflikty są podszyte tamtą pamięcią. Chętnie to mówię, bo miałem być ambasadorem Polski w Roji. Otóż ja bardzo Rosję lubię, bo jest mi ona obca, jestem z pochodzenia Włochem. Nie mam z tym nic wspólnego. To jest inny świat. Nie jestem do tego świata uprzedzony. Wielu Polaków, którzy czują się trochę zrusyfikowani, mają taki histeryczny odrzut Rosji dlatego, że ona w nich troszkę rezonuje. Ja nie piję wódki, nie znoszę uczuciowości słowiańskiej, w ogóle nie jestem Słowianinem. Obserwuję to z ciekawością, bo to nie jestem ja i jest mi łatwiej.

WM: Jest to kolejna z rzędu Pańska wizyta na Litwę. Czy ma Pan już grono znajomych, przyjaciół, ulubione miejsca w Wilnie?

KZ: W Wilnie mam masę ulubionych miejsc, bardzo ładnych. Znam dobrze pana Landsbergisa, który był jednym z motywów mojego ostatniego filmu. W filmie można go rozpoznać – muzykolog, który zostaje politykiem. W Polsce takiego nie mamy. Do swojego filmu ten motyw wziąłem właśnie od niego. Wśród młodszych kolegów też mam sporo znajomych. Jest to naturalna bliskość – byliśmy bliscy sobie w latach, kiedy był Związek Radziecki, bo przyjeżdżaliżmy tutaj. Nie po to, by repolonizować Wilno, no bo po co? Wszyscy musimy dziś z bólem powiedzieć, że to nie ma dzisiaj sensu.

Natomiast zjednoczona Europa inaczej w ogóle już definiuje poczucie narodowości i sąsiedstwa, stąd fakt, że może być miasto paru narodów, jest dzisiaj naturalny. To nie jest już fakt tak wybuchowy, jaki był kiedyś. Dlatego człowiek tak dobrze się tu czuje.

WM: Jest Pan bardzo znanym i cenionym na świecie intelektualistą, sporo Pan podróżuje, zna Pan także nasze litewskie realia. Jak widzi Pan perspektywy polskiej społeczności na Litwie?

KZ: Dla mnie to jest właśnie ta jasna pespektywa zjednoczonej Europy. Jasna – w sensie promienna, a nie mroczna. Dzisiaj te napięcia szalenie słabną. Bardzo chętnie jeżdżę w te regiony, które mnie nie dotyczą, ale w których jest podobnie skomplikowana przeszłość. Patrzę na Luskemburg i na Alzację. Jeżdżę do Katalonii i dolnego Tyrolu. Widzę, jak to się obecnie zdedramatyzowało. Można dziś być niemieckojęzycznym Włochem, to nie ma wielkiego znaczenia – kto płaci podatki w którą stronę, bo i tak po części idą one do Brukseli. Bardzo bym się cieszył i cieszę się, gdy widzę, że na Litwie odradzają się polskie elity.

Dramat Polaków na Litwie polega na tym, że wyjechało stąd bardzo wielu ludzi wykształconych. To, co się stało na Białorusi, jest jeszcze straszniejsze. Tam właśnie wyjechali wykształceni, a została ta reszta, która dopiero szuka przywództwa. Polacy w Polsce wielokrotnie wstydzili się za to, że Polacy na Litwie nie znajdowali godnego przywództwa, że dawali się manipulować jakimś podejrzanym indywiduom czy wręcz ludziom o podejrzanych życiorysach. Zabrakło tu własnej elity, która by była nie tyle silna, by pilnować przed takim zagrożeniem. Dzisiaj to się odradza przez to, że młodzi ludzie się kształcą i chcą tutaj nadal mieszkać.

„Kurier Wileński„, 3.05.2006 

Rozmowa z Haliną Subotowicz-Romanową, prezes Kongresu Polaków w Rosji

Urodzona na Wileńszczyźnie, jest inicjatorem i aktywnym uczestnikiem wielu akcji i przedsięwzięć podnoszących prestiż Polaków w Rosji, niekwestionowaną osobowością polonijnej diaspory.

Ofiarną pracą i poświęceniem przyczynia się do rozbudzania świadomości i wiedzy o losach Polaków w Rosji, zwłaszcza – w jej syberyjskiej części. Jej zasługą jest budowanie trwałych więzi pomiędzy Macierzą a środowiskiem polskim w Rosji.

Jest działaczką Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych i poprzez swoją aktywność społeczną przyczynia się do ożywienia życia polskiego w Rosji oraz kontaktów z Polską i Polonią świata, a także umacniania dobrosąsiedzkich stosunków polsko-rosyjskich. To właśnie pod przewodnictwem p. Haliny Subotowicz-Romanowej stworzona została sieć organizacji i ośrodków życia polonijnego od Kaliningradu po Kamczatkę – zespalając je w Kongresie Polaków w Rosji.

Jakie były początki działalności polskiej organizacji społecznej w Rosji?

W 1988 roku zebrała się grupka osób. Znaliśmy się wcześniej i postanowiliśmy, że należałoby w Moskwie, akurat po „pieriestrojce” – wtedy, gdy w Rosji pojawiła się możliwość zakładania społecznych organizacji przez społeczności narodowe – powołać organizację polonijną. Przede wszystkim – dla siebie, aby promować kulturę polską, nauczać dzieci, w szczególności młode pokolenie, a także osoby, które z racji historycznej odeszły od polskiej kultury i tradycji.

Na początku, w ciągu kilku lat ząrzady spotykały się u mnie w domu. Wśród mieszkających tu Polaków tylko 15 procent władało wówczas językiem polskim. Teraz można powiedzieć, że w przeciągu 20 lat procent ten znacznie wzrósł. Dziś szacujemy ok. 300 tysiecy Polaków w całej Rosji, w tym około 15 tysięcy mieszka w Moskwie. Powołaliśmy więc organizację, która w następnym roku będzie obchodzić dwudziestolecie – w 1989 roku powstało stowarzyszenie „Dom Polski” w Moskwie.

Jako stowarzyszenie poszukiwaliśmy Polaków także w innych miastach i regionach Rosji, wspomagając tym samym zakładanie polonijnych organizacji w terenie. Po kilku latach liczyliśmy już 10 organizacji, które postanowiły, że trzeba założyć ogólnorosyjską prezentację narodu polskiego wobec władz rosyjskich. Przed 15 laty odbył się zjazd założycielski i w ten sposób powstał Kongres Polaków w Rosji. Z kolei moskiewska organizacja „Dom Polski” będzie liczyła już 20 lat.

Jak dziś wygląda codzienność polskiego życia w Moskwie? Co udało się osiągnąć w ciągu tych 20 lat?

Jestem od początku działalności organizacji i muszę powiedzieć, że na początku aktywność była większa. Teraz obserwujemy pewien spad – mówię o udziale w ogólnych spotkaniach i imprezach. Natomiast przed 20 laty była pewna euforia, która z latami minęła.

Kongres Polaków w Rosji który zrzesza około 50 organizacji z całej Rosji – w takich miastach jak Irkuck, Władywostok, Kaliningrad, Petersburg, Mineralne Wody, Krasnodar, Soczi, Nalczyk, Władykaukaz, Smoleńsk, Tomsk, Tiumień, Abakan, Jekaterynburg, Wołgograd. Dziś są to mocne organizacje, których podstawowym zadaniem jest nauczanie języka polskiego – zarówno młodzieży i dzieci, jak też dorosłych. Organizujemy więc kursy w postaci szkółek polonijnych.

W niektórych organizacjach język polski jest wprowadzony jako przedmiot w szkołach rosyjskich, przy których też bazujemy się, gdyż z wyjątkiem Petersburga i Ułan Ude w Buriacji, żadna z organizacji nie posiada własnych pomieszczeń. Na przykład, w Kazaniu, Moskwie i Petersburgu język polski jest wprowadzany w szkołach rosyjskich jako przedmiot. Języka polskiego uczą się tu dzieci różnych narodowości oraz, oczywiście, dzieci z rodzin polskiego pochodzenia.

Oprócz tego, mamy także polonijne centra nauczania, do których uczęszcza wyłącznie młodzież polonijna, działają tu polskie zespoły artystyczne. Tak więc naszym podstawowym celem jest nauczanie młodzieży. Niejednokrotnie organizowaliśmy i organizujemy konferencje oświatowe, na których omawiamy zadania, cele i problemy, z którymi się spotykamy w naszej pracy. Kwestie te są również omawiane przez prezesów, spotykają się co roku na naradach.

Drugim bardzo ważnym celem jest promocja języka i kultury polskiej. Tutaj pole działania jest bardzo szerokie – oprócz imprez, odczytów czy prelekcji, które organizujemy dla swojego środowiska, staramy się także wychodzić poza nie, czyli promować kulturę polską w środowisku innych narodowości. Robimy to poprzez organizowanie Dni Kultury Polskiej, odczyty w bibliotekach, pokazy filmów polskich bądź olimpiady z udziałem szkół rosyjskich. Wydaliśmy na przykład w języku rosyjskim książkę „Syberia w historii i kulturze narodu polskiego”, żeby naukowcy i wszyscy zainteresowani w Rosji mogli się zapoznać z naszą historią.

Udało nam się również zrobić w języku rosyjskim film „Nie lękaj się, ja modlę się za Ciebie” – o papieżu Janie Pawle II, żeby w ten sposób przybliżyć postać papieża dla naszego środowiska. W Moskwie mamy dziś Teatr Polski, który między innymi w ubiegłym roku wystawiał swoją sztukę na festiwalu teatrów polonijnych w Wilnie. W naszych organizacjach w Tiumieniu, Abakanie, Buzułuku w obwodzie orenburskim działają muzea o historii Polaków bądź wystawy o Polakach przy muzeach krajoznawczych. Lokalnie ukazują się także książki na temat Polaków, ponieważ Kongres Polaków w Rosji organizuje konferencje naukowe na temat naszych losów.

Jak dzisiaj określiłaby Pani stopień zainteresowania się kulturą polską wśród Rosjan?

W latach 70., 80. ubiegłego wieku w Rosji było dość spore zainteresowanie kulturą polską poprzez literaturę, kino, filmy, które były tu niedostępne. Dla Rosjan był to powiew wolności z Zachodu, bardzo dużo ich uczyło się języka polskiego poprzez książki i film polski. Pomimo że w latach 90. książka polska zniknęła z księgarni rosyjskich, nie powiedziałabym, że kultura polska jest w Rosji odrzucana. Zainteresowanie i popyt na nią jest nadal. Nawet wśród młodego pokolenia.

Jakie problemy i oczekiwania są najbardziej aktualne dla rosyjskiej Polonii?

Chciałabym zaznaczyć, że Kongres Polaków w Rosji powoływaliśmy po to, by reprezentować wobec władz nasze problemy. Szczerze mówiąc, skutek jest marny, jeśli chodzi o rehabilitację Polaków. Niestety, do dnia dzisiejszego nie uzyskaliśmy rehablitacji. W latach „pierestrojki” rehabilitacji zostało poddanych tylko pięć narodów, a Rosję zamieszkują 162 narodowości. Nasza sprawa była już na stole prezydenta, ale na pewnym etapie proces rehabilitacji narodu polskiego został wstrzymany. Po ostatnim zjeździe Kongresu wystosowaliśmy do władz rosyjskich ponownie pismo o rehabilitacje, chociaż 6 takich pism w przeciągu tych wszystkich lat było już wystosowanych. Mamy nadzieję, że nowy prezydent wreszcie je podpisze.

Następna niezwykle ważna dla nas sprawa – to kwestia zwrotu Domu Polskiego, czego niejednokrotnie domagaliśmy się. Budynek Domu Polskiego w Moskwie został wybudowany na potrzeby polskiej organizacji na początku XX wieku przez Polaków za własne pieniądze. W 1937 roku został on zabrany przez NKWD, organizacje zlikwidowano, działaczy osadzeno w więzieniach, zlikwidowano. Sprawa ta także została przemilczana, budynek dotychczas nie został zwrócony polskiej społeczności. Wielkie wysiłki pokładaliśmy także przy odzyskiwaniu kościołów rzymskokatolickich w Rosji.

Poza tym, bardzo ważnym kierunkiem działania jest dla nas praca z młodzieżą, pozyskiwanie młodzieży do działalności polonijnej. Nie jest to sprawa prosta, ponieważ w większości młodzież uczy się i pracuje jednocześnie. Młodzi ludzie często nie mają czasu udzielać się społecznie. Chociaż ogólnie nie można narzekać, jednak widziałabym tu większe zaangażowanie, chcialłabym żeby młodzi ludzie zachłysnęli się sprawą polską, polonijnej działalności.

Dlatego uważam, że najważniejsze jest poczucie narodowej przynależnosci. Człowiek poświęca więcej swojego czasu wówczas, gdy zna swój język, swoją historię, kulturę, swoje tradycje. Niestety nadal ciągnie się za nami tren przynależności do narodu radzieckiego, gdy nie ma narodowości, tylko „człowiek radziecki” – bez oblicza, bez narodowości. Myślę, historia dowiodła, że nie jest to prawidłowe, tak być nie może. Historia jak gdyby wszystko postawiła na swoje miejsca. Dlatego uważam, że niezaleznie od miejsca, w którym człowiek żyje, zawsze powinien poczuwać się do narodu, do którego przynależy. Dlatego Kongres Polaków w Rosji od początku swojego istnienia bardzo aktywnie działał w opracowaniu rosyjskiego ustawodawstwa dotyczącego narodowości, mniejszości narodowych.

Opracowywaliśmy z władzami różnego rodzaju ustawy o autonomiach kulturalno-narodowych, organizacjach społecznych, braliśmy udział w opracowaniach Konstytucji, chodziliśmy na przesłuchania, składając swoje propozycje koncepcji polityki narodowościowej. Kongres Polaków w Rosji jest członkiem Rady Konsultacyjnej do spraw autonomii kulturalno-narodowościowych przy Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Do Rady należy tylko 15 przedstawicieli narodowościowych autonomii Rosji i jako Polacy jesteśmy w tej piętnastce.

Kim właściwie są mieszkający w Moskwie Polacy?

W większości są to rodacy, którzy wcześniej, w różnym czasie znaleźli się w Moskwie. Są to także małżeństwa mieszane lub obywatele z Polski, którzy studiowali w Rosji i założyli tu rodziny. Poza tym, tak zwana „nowa emigracja”, która teraz wyjeżdża poza Polskę, owszem, w Moskwie również jest obecna. Ale na razie jej przedstawiciele nie garną się do organizacji, bowiem mają przed sobą sprawy zawodowe, biznes, są bardziej zamknięci w sobie, we własnych problemach. Dość dużo Polaków przyjeżdża do Moskwy do pracy czy też do robienia biznesu.

Jak by oceniła Pani dzisiejsze stosunki polsko-rosyjskie?

W przeciągu całej historii stosunki polsko-rosyjskie były skomplikowane. Nie ukrywam, że one bardzo rzutują także na naszą działalność. Gdy jest bardziej napięta sytuacja polsko-rosyjska, przenosi się nawet na sprawy w kwestii zwrotu budynku Domu Polskiego – jest to także wksaźnik tych stosunków. Natomiast na poziomie codziennym przez te 33 lata, które mieszkam w Rosji, jako Polka czuję do siebie sympatię. Ale mieszkać i zasłużyć na dobre traktowanie – to bardzo zobowiązuje każdego człowieka, mieszkającego na emigracji. Trzeba zawsze pamiętać o tym, żeby swój naród pokazać nie z gorszej strony. Trzeba walczyć o dobre imię Polaka, gdziekolwiek Polak mieszka, ponieważ naród zawsze jest postrzegany przez poszczególną osobę.

Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.

Mam syna, który ukończył studia i już pracuje. Jest bardzo aktywny i lubiany w pracy, co bardzo cieszy mnie i mojego męża. Mam bardzo fajnego i kochanego męża. Pracuje on w biznesie, od początku dużo mi pomagał z adaptacją w Moskwie, jak też w działalności polonijnej. Dziś pięknie mówi i pisze po polsku, chociaż zaczął się uczyć polskiego po tym, jak myśmy się pobrali. Dziadek mojego męża był Polakiem, ale w 1937 roku znikł… W zasadzie mąż jest Rosjaninem polskiego pochodzenia.

Działalność polonijna – to dla mnie społeczna działalność. Jestem także dyrektorem Polsko-Rosyjskiej Izby Handlowo-Przemysłowej w Moskwie.

Jak się Pani czuje w Moskwie?

Szczerze powiem, że od samego początku, gdy ponad 30 lat temu przyjechałam z Wileńszczyzny do Moskwy, od pierwszego dnia znalazłam się w środowisku swojego męża. Byłam przyjęta dość pozytywnie i do dnia dzisiejszego czuję się tu swobodnie.

Przyzwyczaiłam się do Moskwy i czuję się tu dobrze. Nie narzekam. Dwadzieścia lat poświęciłam działalności polonijnej. Nie powiem, że jestem w pełni usatysfakcjonowana pełnią swojego zaangażowania, ponieważ człowiek zawsze widzi, że jeszcze to i tamto dałoby się zrobić. Ale staram się na tyle, na ile mi pozwalają czas i możliwości.

Dziękuję za rozmowę.

„Nasza Gazeta”, 5-11.06.2008

Tadeusz Drozda: „Kabaret jeszcze żyje!”

WM: Proszę okiem eskperta określić, jakie poczucie humoru mają Polacy?

TD: Myślę, że Polacy ogólnie nie mają zbyt wysublimowanego poczucia humoru. Tak jak ze wszystkim – Polacy są gdzieś w środku. Z poczuciem humoru jest tak samo. Oczywiście, Polacy mają manię wielkości i większość Polaków uważa, że nasz naród jest wybranym narodem. Strasznie o sobie mamy dobre mniemanie, ale myślę, że znajdujemy się w dobrej średniej światowej i poza ten środek nie ma co wyskakiwać.

Poza tym Polacy lubią śmiać się z innych, natomiast obrażają się, jak się mówi dowcip o nich samych. Oczywiście, jeśli mówi się dowcip o Polakach w Polsce – to jeszcze pół biedy. Natomiast jak cudzoziemcy zaczynają żartować z Polaków, to Polak nabiera powietrza, jest wkurzony, że niby jak ktoś może dostrzegać nasze wady narodowe. Na przykład, słynne dowcipy o kratoflach na temat pana prezydenta i pana premiera w Niemczech. Nie są to jakieś wybitne żarty, ale nie jest to też jakieś strasznie obraźliwe. Widać po reakcji naszych władz, jak oni są uczuleni. Jakiś idiota napisze głupi dowcip w gazecie, a my od razu występujemy z notą dyplomatyczną, obrażamy się, podczas gdy inni to w ogóle odpuszczają.

Gdyby Andrzej Lepper miał reagować na wszystkie dowcipy, które na jego temat się pojawiają, to musiałby nic nie robić, tylko na te publikacje odpowiadać. W końcu ludzie lubią się pośmiać. Dowcip bywa wysublimowany, ale bywa też chamski – tak jak wszystko. Polacy są nazbyt poważni w stosunku do dowcipu, jest on dla Polaka czymś znaczącym.

WM: Co człowiekowi daje poczucie humoru?

TD: Poczucie humoru – to patrzenie na siebie i na świat na luzie. Jak człowiek jest potwornie zakompleksiony, to nie ma poczucia humoru. Tylko ludzie bez kompleksów mają poczucie humoru, bo wiedzą, że pewne fakty można tak zestawić, że buduje to jakiś żart i jest śmieszne. Natomiast tacy jak Hitler i Stalin, czy paru innych nie mieli poczucia humoru albo mieli specyficzne poczucie humoru. Im bardziej odchodzimy od poczucia humoru, tym bardziej idziemy w kierunku zamordyzmu. Ludzie z poczuciem humoru – to są ludzie wielcy. Żaden wieli człowiek światowy nie obrażał się na jakieś tam żarty, mało tego – sam je wymyślał.

WM: Jak buduje Pan żart? Co Pana inspiruje?

TD: Oczywiście, życie. Niestety, tacy faceci jak ja, jesteśmy dinozaurami polskiego kabaretu, polskiej estrady, ponieważ reagujemy na rzeczywistość nas otaczającą. Natomiast moi młodzi koledzy raczej wymyślają abstrakcyjne sytuacje, których właściwie nie ma. Dla mnie trudnym by było wymyślić dowcip, monolog czy tekst kabaretowy niezwiązany z życiem. Natomiast widzę, że młodzi ludzie odwrotnie – nie majł talentu, żeby obserwować co się dzieje i to komentować, tylko stwarzają własną rzeczywistość i bawią się w swoim świecie.

W dzisiejszym polskim kabarecie raczej nie ma obecności polskiego dowcipu politycznego czy obyczajowego. Polityka jest jaka jest, ale młodzi w ogóle nie zauważają tego, co się dzieje dookoła. Myślę, że w polskim kabarecie przyszły inne czasy.

WM: Rosjanie, na przykład, w zasadzie nie mają tak wysoko rozwiniętej kultury kabaretu jak Polacy…

TD: Ale dziś kabaret w Polsce właściwie nie jest potrzebny. Na scenie żartuję, że osiągnęliśmy ideał i Polska ma taki system, że kabaret stał się zbędny, bo wszystko jest idealne – nie ma z czego żartować. Mamy najmądrzejszych ludzi rządzących, jest tak dobrze, że kabaret w ogóle nie jest potrzebny. Ale to jest prawda, ponieważ oprócz mnie i jeszcze kilku „zboczeńców” nie ma ludzi, którzy komentują to, co się dzieje dookoła. […]

WM: Jest Pan również znakomitym felietonistą. Czy myśli Pan o wydaniu książki?

TD: Przez długi czas pisałem w wielu gazetach felietony. Jestem jednak tak leniwy, że ktoś musi mnie zmusić do roboty. Jestem ciągle w trakcie pisania sztuki teatralnej, już napisałem właściwie połowę, ale uważam, że trzeba ją pisać od nowa. Uważam, że dla literata, dla pisarza bardzo ważne, by ciągle go coś zmuszało do cotygodniowego napisania nowego tekstu. Lenistwo powinno być karane.

WM: Jaki jest dzisiejszy Polak? Jak by Pan określił go z dystansu satyryka?

TD: Polak – to nic nadzwyczajnego, mimo że każdy Polak uważa, że jest czymś nadzwyczajnym. Polak uważa, że jest lepszy od Niemca, od Rosjanina – na pewno. Jeśli chodzi o relacje Polak – Litwin, to takiej relacji raczej w ogóle nie ma, bo w Polsce raczej nie zauważamy, że gdzieś tam jest jakaś Litwa. My – to taki wielki kraj, a Litwa – to takie malutkie byle co. Jeżeli już, to porównujemy się z Rosją, Francją, Niemcami – to są nasi partnerzy. Żaden Czech czy Słowak dla Polaka – to nic. Polacy mają poczucie wielkości, że jest się narodem wybranym. Zawsze wśród wielkich tego świata znajdziemy Polaków i z nimi utożsamiamy się.

Przeciętny Polak jest, niestety, niewykształcony, który szkołę skończył dla papierów. Dzisiaj już nie, ale mówię bardziej o moim rówieśniku lub trochę młodszym. Dzisiaj młodzież jest pazerna na wiedzę, a dzisiejszy dwudziestoletni Polak – to zupełnie inny człowiek, niż dwudziestolatek 20 lat temu. Komunizm nauczył łba nie wychylać, tylko nazbierać papierów, gdieś się urządzić, trochę ukraść itd., więc napewno Polak bardzo się zmienił.

Smutne jest to, że dzisiejszy Polak, ktąry ma wykształcenie, ambicje, który zna języki, nie znajduje miejsca w Polsce. Dzisiejsza Polska tak jak sto lat temu jest źródłem siły roboczej dla świata. Ludzie wyjeżdżają. Jak się pójdzie do restauracji gdzieś w Dublinie, to można mówić po polsku, bo szef czy właściciel jest Polakiem i obsłużą nas po polsku. Wsiadasz do taksówki w Londynie i od razu mów po polsku. Wolałbym jednak, żeby Polakom, których Polska wykształciła, do głowy nie przychodziło wyjeżdżać.

Co innego – Polacy na Litwie. Nie ma Polonii, bo to Polska stąd wyjechała, a Polacy zostali. Oczywiście, nie jest to wina ani Polski, ani Litwy. Ale kocham tu przyjeżdżać. W Polsce jesteśmy zachwyceni Zachodem, włazimy do pewnej części ciała temu Zachodowi, nie mając pojęcia o własnej wartości, znakomitej kulturze, historii – mamy czym się chwalić. W Polsce nie potrafimy nieraz obronić polskości, dlatego bardzo wzrusza mnie tak olbrzymia miłość do polskości mieszkaćów Wilna i Wileńszszyzny. To dla mnie szok. Takiego patriotyzmu w Polsce w ogóle nie widzi się. 

WM: Czego może spodziewać się publiczność, z którą dzisiaj Pan się spotyka?

TD: Występuję z programem „Kabaret jeszcze żyje”. Dzisiejsze kabarety raczej nie komentują tego, co się dzieje, a ja jestem ostatni na liście, który stara się mówić o tym, co jest. Mówię i niestety narażam się. Trudno. Dopóki w Polsce nie jest tak, że zamykają za dowcipy – a nigdy tak nie było, nawet za najgorszej komuny. Oczywiście, niektórzy mieli kłopoty, ja też miałem. Mówiąc krótko, będę się narażał w dalszym ciągu.

„Kurier Wileński”, 19.03.2007

Nie zagubić się w uniwersalizacji

Jolanta Tambor – profesor, doktor nauk humanistycznych, wykładowca na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, założycielka i wicedyrektor Szkoły Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego. Prowadziła badania naukowe nad tożsamością i identyfikacją etniczną, dialektami polskimi, językiem artystycznym, stereotypami etnicznymi i narodowościowymi. Wydała „Fonetykę i fonologię współczesnego języka polskiego” – podręcznik dla studentów filologii polskiej, „Śpiewająco po polsku” – podręcznik dla cudzoziemców z ćwiczeniami na podstawie polskich piosenek, książki i artykuły o dialekcie śląskim. Wykładała m.in. na uniwersytetach w Kanadzie, Niemczech, Włoszech, na Łotwie, Ukrainie, także na wydziałach polonistycznych Uniwersytetu Wileńskiego oraz Uniwersytetu Pedagogicznego.

WM: Od lat jest Pani w sładzie komisji egzaminacyjnej podczas rekrutacji na wyższe studia w Polsce, które organizują Konsulaty RP w miejscach, gdzie mieszka rdzenna polska społeczność. Ma Pani dobry ogląd poziomu polskiej edukacji w różnych krajach, zarówno w Europie Wschodniej, jak i Zachodniej, w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie. Czy to prawda, że maturzyści szkół polskich na Litwie reprezentują nieco niższy poziom przygotowania, niż maturzyści w Polsce?

JT: Myślę, że nie jest to sprawa niższego poziomu, lecz zdecydowanie polega to na czymś innym. Nie można porównywać polskich dzieci, zdających egzaminy w Wilnie, we Lwowie czy czeskim Cieszynie z naszymi maturzystami, którzy przystępują do egzaminów wstępnych na studia. Nawet jeżeli polskie dzieci na Litwie chodzą do polskiej szkoły i realizują program, który ich przygotowuje „jak gdyby” do polskiej matury, to i tak nie jest to porównywalne, ponieważ dzieci żyją tu w innej rzeczywistości, mają zupełnie inną tak zwaną wiedzę ogólną. W porównaniu do żyjących w Polsce maturzystów czy w ogóle do młodzieży, dzieci i młodzież tutaj mają nieco inny ogląd rzeczywistości: czytają inne książki, oglądają inne filmy, o innych rzeczach rozmawiają w domu, na ulicy, z rówieśnikami na podwórku, na przerwie w szkole. Nawet jeżeli dziecko nie interesuje się polityką czy sprawami wyższej kultury, to między rodzicami, nauczycielami, na spotkaniach rodzinnych, a nawet w autobusie słyszy różne rozmowy, z których jakieś nazwiska, tytuły, daty, nazwy, jakaś wiedza wpada do głowy.

Pewne rzeczy utrwalają się obok wiedzy szkolnej. Tutaj dzieci też słyszą te rozmowy, ale to są najczęściej rozmowy o Litwie. Bez względu na to, czy są one prowadzone po polsku, litewsku czy rosyjsku, ludzie żyją jednak tutejszym środowiskiem, tutejszą polityką i sprawami codziennymi, ponieważ są obywatelami tego kraju. Nawet jeżeli są innej narodowości, muszą przecież realizować się tutaj. Więc nie możemy od nich wymagać, przynajmniej z przedmiotów humanistycznych, takiego samego oglądu literatury, teatru, filmu, kultury polskiej, bo dla nich to wszystko jest jednak sprawą wyuczoną, wiedzą nabytą, a nasze dzieci, oprócz tego, że się uczą o kulturze polskiej w szkole, są w to wszystko zanurzone.

WM: Czy możemy porównywać problemy polskiego szkolnictwa na Litwie z problemami Polaków, mieszkających w innych krajach?

JT: Zbyt rzadko tutaj bywam, bym mogła powiedzieć dokładnie, jak to wygląda w Wilnie, natomiast najbliższe jest mi polskie środowisko na terenie tak zwanego Zaolzia – czyli terenów, których centralnym punktem jest Czeski Cieszyn. Nie jest to Polonia, ale mieszkają tam właśnie Polacy, miejscowi Polacy, tak jak na Litwie. Szkoła Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego jest związana z polskim szkolnictwem na terenie Zaolzia, gdzie prowadzi dzałalność całoroczną, wobec czego często tam bywamy w różnych szkołach: podstawowych i średnich, a także w przedszkolach.

Tam osobiście prowadziłam badania, pisałam artykuły na ten temat, bo bardzo interesuje mnie problematyka tożsamości narodowej i etnicznej oraz związku języka z tożsamością. Stąd wiem na pewno, że na terenie Zaolzia w tej chwili radykalnie zmniejsza się liczba dzieci w polskich szkołach i przedszkolach i zmniejsza się też liczba polskich szkół. Obecnie nie ma odpowiedniej liczby osób w klasie, by móc je utrzymywać. W dużej mierze dzieje się tak dlatego, że coraz więcej jest małżeństw polsko-czeskich. Jeszcze 20 lat temu małżeństwa mieszane na Zaolziu były rzadkością, potem było ich coraz więcej. Dzisiaj coraz częściej jest tak, że rodzice wysyłają dzieci do czeskich szkół, niezależnie od tego, który z rodziców jest Polakiem. Twierdzą, że dzieci mają wówczas lepszy start życiowy. Skoro są obywatelami Republiki Czeskiej, to zdecydowanie jest im potem łatwiej w życiu. Coraz częściej uważają, że lepiej jest uczyć się w szkole czeskiej i całą wiedzę potrzebną do życia dorosłego zdobyć w czeskich szkołach, a dodatkowo uczyć się polskiego w obszarach kulturowo-cywilitacyjnych dla podtrzymania tożsamości i identyfikacji.

I to nie jest tak, że oni wyrzekają się polskości. Odrodzenie narodowościowe jest tam bardzo silne. W ogóle na Śląsku Cieszyńskim, zarówno polskim, jak i czeskim, robi się sporo, by utrzymać i pielęgnować tożsamość. Twierdzi się, że człowiek, który wyzbywa się swoich korzeni jest w dzisiejszym świecie w ogromnej rozterce, nie potrafi proadzić sobie z otaczającym światem. Odrzucenie dziedzictwa padziadów, dziadów, ojców powoduje pewne zagubienie, bo nie jest się wtedy ani Czechiem, ani Polakiem. Ale dodatkowe kształcenie polskie na tym terenie odbywa się popołudniami, w soboty, w niedzielę, poprzez uczestnictwo w zespołach tanecznych i śpiewaczych, poprzez udział w spektaklach teatralnych, konkursach recytatorskich. Dużo jest też animatorów kultury. Zresztą to tendencja ogólnoświatowa, ponieważ tak naprawdę wszędzie na świecie – we Francji, w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie nabywanie polskości odywa się dodatkowo poza głównym nurtem kształcenia. Nie ma potrzeby, aby kształcenie matematyczne, biologiczne, chemiczne koniecznie odbywało się w języku polskim, a nie w języku kraju, którego jest się obywatelem.

Tendencja taka widoczna jest również w Polsce, i to zupełnie nie przeczy postawom patriotycznym. Dziś w Polsce coaz częściej otwieramy francusko, angielskojęzyczne szkoły średnie, coraz chętniej rodzice wysyłają dzieci do takich szkół, żeby „zanurzały się” w obcym języku. Uczelnie polskie wprowadzają programy „Study in English” z przedmiotami po angielsku. W tej chwili przedmioty po angielsku prowadzi się nawet na wydziałach polonistycznych, ale oczywiście w mniejszym zakresie. Uczenie niektórych przedmiotów w języku polskim nie jest już obowiązkowe.

WM: Czyli nie powinniśmy bać się tego, że w polskich szkołach na Litwie na przykład matematyka czy fizyka będą prowadzone po listewsku?

JT: Na pewno trzeba bardzo uważać, żeby się nie przekręciło w drugą stronę. Tym bardziej w takich miejscach jak tutaj, w Wilnie,  gdzie Polaków jest tak dużo. Trzeba uważać, żeby nie zagubić się w uniwersalizacji czy państwowej unifikacji, w upraszczaniu i „ułatwianiu” sytuacji językowej obywateli, żeby nie nastąpił całkowity odwrót od języka polskiego jako mniejszościowego i żeby potem nie trzeba było wkładać ogromu pracy w odnowienie, ale osobiście myślę, że matematyka, fizyka, geografia powszczechna, biologia nie muszą być prowadzone w języku polskim.

WM: Wśród polskiej młodzieży na Litwie aktualnie spada zainteresowanie studiami wyższymi w Polsce. Czy jest to powód do niepokoju? Jak widzi Pani całą sytuację za 5-10 lat?

JT: Myślę, ż liczba studentów utrzyma się na może niskim, ale stabilnym poziomie. Bo nie zapominajmy, że mamy niż demograficzny w całej Europie. Poza tym coraz więcej możliwości daje Unia Europejska. W tej chwili jest tak dużo możliwości wyjazdów zagranicznych w trakcie studiów, w ramach programów Socrates, Erasmus, Leonardo, Mundus i wszelkich innych, że dzisiaj nie ma już potrzeby decydowania się na opuszczenie rodziny, swojego kraju, środowiska na pięć lat, bo można to zrobić na pół roku, na rok, też ostrzymując stypendium. Z tym że jest to stypendium unijne. To wszystko także obniża zainteresowanie wyjazdem na pięcioletnie studia do Polski, ale nie widzę tu powodów do zmartwienia.

WM: Proszę opowiedzieć, jak funkcjonuje Szkoła Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego?

JT: Szkoła jest jednostką, która kształci studentów przez cały rok, ale najintensywniej czyni to podczas wakacji. W ciągu roku języka polskiego uczą się u nas przede wszystkim zagraniczni studenci uniwersytetu, przyjeżdżający w ramach Erasmusa, CEEPUSA, umów bilateralnych, ale nie tylko. Na kursy zapisują się biznesmeni, którzy działają na Śląsku w firmach z kapitałem zagranicznym, dyplomaci, przedstawiciele Unii Europejskiej, cudzoziemskie żony Polaków i cudzoziemscy mężowie Polek. W czasie wakacji na cały sierpień przyjeżdżają do naszej letniej szkoły do Cieszyna (gdzie Uniwersytet Śląski ma filię) studenci i kursanci z całego świata. Jest ich co roku około 150 z wszystkich 5 kontynentów.

Oferujemy kilkadziesiąt godzin nauki języka polskiego na lektoratach, ale także seminaria o kulturze polskiej (literatura, film, teatr, obyczaje, historia), udział w koncertach na żywo, spektaklach teatralnych, pokazach filmowych, spotkaniach ze znanymi Polakami. Naszymi goścmi byli Czesław Miłosz, Stanisław Barańczak, Norman Davies, Andrzej Wajda, Krzysztof Zanusii, Kazimierz Kutz, Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki i wiele innych znakomitości polskiego życia publicznego. Co roku gościł nas w swoim domu Stanisław Lem. Intensywność takiej wakacyjnej nauki popłaca. Jestem o tym przekonana.

WM: Jak ocenia Pani studentów naszych wydziałów polonistycznych?

JT: Specyfiką Waszych polonistów jest to, że są bardzo dobrze przygotowani. To samo mogę powiedzieć i o polonistach z Ukrainy. I to niezależnie od tego, czy są polskiego pochodzenia, czy też Litwinami czy Ukraińcami. Sąsiedzi zazwyczaj nie lubią się. Belgowie nie lubią Holendrów, a Holendrzy Belgów, Francuzi Anglików, Ślązacy nie-Ślązaków itd. Pewne animozje między Litwinami i Polakami zawsze występują, tym bardziej że mieliśmy dużo wspólnych elementów historii, która przez obydwie strony czasami różnie jest postrzegana. Poza tym, nie zawsze jesteśmy skłonni wszystko wybaczać.

Różni ludzie mają różne podejście do wielu kwestii, różnie interpretują te stosunki. Ale myślę, że z takich bliskich terenów, gdzie mamy tyle wspólnych elementów historii, jeżeli ktoś rzeczywiście interesuje się historią, kulturą tego drugiego kraju, to interesuje się bardzo dogłębnie. Dlatego osoby przyjeżdżające z Litwy są bardzo dobrze przygotowane i bardzo chętne do nauki, do chłonięcia tego wszystkiego, co w Polsce mogą znaleźć.

Nie da się ukryć, że Polska ma „większą” kulturę. Jest większym krajem, literaturę ma większą, więcej osiągnięć ma polski teatr, w kinie mamy rownież nazwiska ogólnoświatowe. Stanisław Lem, Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski – to nazwiska Polaków znane na całym świecie. Więc jeżeli się człowiek tym zainteresuje, to jak najwięcej i jak najgłębiej chce poznać.

WM: Pani wypowiedzi o Litwie cechuje ciepło, zazwyczaj charakterystyczne dla Polaków, którzy przyjeżdżają do Wilna, bo mają tu korzenie. Natomiast Pani jest  Ślązaczką. Skąd te ogromne zamiłowanie do Wilna?

JT: Wilno jest piękne. Litwa jest piękna. Piękno to dla mnie jako dla polonistki tkwi w dużej mierze w polskich śladach w Waszym kraju. Wzruszający jest dla mnie każdorazowo spacer do Ostrej Bramy, dotykanie tablicy Gustawa-Konrada w klasztorze oo. Bazylianów, poszukiwanie kolejnych tablic Mickiewiczowskich – tu mieszkał…, tu napisał „Grażynę”, stód wyjechał… W ubiegłym toku przeżyłam nadzwyczajne chwile w Szetejnach, gdzie zbierałam kasztany w miejscu, gdzie jako dziecko biegał Czesław Miłosz. Polonista nie może się nie wzruszać się fotografując takie miejsca.

Ale podoba mi się też niezmiernie Litwa litewska: cudne plaże w Połądze, piękna starówka w Kłajpedzie, urocze zakamarki Starówki w Kownie, rewelacyjny zamek w Trokach, prepyszne kibini, no i wspaniałe piwo: „Švyturis” to moje odkrycie, takiego piwa nie ma w innych miejscach. Ale najważniejsze, że spotkałam tu ludzi, z którymi połóczyła mnie przyjaźń na całe życie. Nie wszyscy moi przyjaciele z Litwy mają polskie pochodzenie, ale wszyscy mają serce na dłoni.

„Kurier Wileński”, 22.04.2006

Być Polakiem na Litwie

Maciej Mieczkowski – ur. w 1980 r. Wilnie, jest absolwentem Polskiej Szkoły Średniej im. Jana Pawła II w Wilnie. W 2004 r. ukończył studia magisterskie na Wydziale Stosunków Międzynarodowych i Politologicznych na Uniwersytecie Łódzkim. Działał w Studenckiej Międzyuczelnianej Organizacji Kresowiaków, odbył staż w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, którego pokłosiem był cykl artykułów wyróżniony Nagrodą Młodych im. Witolda Hulewicza (2003).

Pracuje w wileńskiej Polskiej Galerii Artystycznej „Znad Wilii”, publikuje w kwartalniku o tym samym tytule. Debiut książkowy autora – „Być Polakiem na Litwie” – jest publicystyczną wersją jego pracy magisterskiej pt. „Polska mniejszość narodowa w polityce i świadomości Litwinów”.

WM: Proszę przedstawić Czytelnikowi, o czym właściwie jest Pańska książka?

MM: Podstawowymi zagadnieniami, omawianymi w książce, są wzajemne kontakty Polaków i Litwinów na Litwie, próba naprawy stosunków między nimi i zmiany myślenia poszczególnych, mniej wykształconych grup społeczeństwa.  Inaczej mówiąc, zmiana mentalności i próba budowy stosunków między obu krajami, z uwzględnieniem mniejszości polskiej na Litwie i litewskiej w Polsce.

Uważam, że w uregulowaniu i wyzbyciu się litewsko-polskich stereotypów pomocna jest znajomość i ocena historii Litwy w ostatnim dziesięcioleciu. Można by przypuszczać, że dzisiaj, po tylu latach wdrażania gospodarki rynkowej, pojawiły się nowe problemy, a stary poszły w niepamięć. Niestety, praktyka bywa nieco inna, jeszcze dziś odżywają demony przeszłości. Widać to na podstawie przykładów z prasy i mediów, jak też opracowań poświęconych temu zagadnieniu.

WM: Niezwykłą wartość stanowi tu jednak wgląd naukowy.

MM: Tak, opierałem się w tej pracy na opracowaniach znanych historyków, takich jak Piotr Łossowski, Henryk Wisner czy Krzysztof Szczepanik. Uwzględniłem oczywiście również opinie takich polityków, jak Vytautas Landsbergis, Valdas Adamkus, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, wielu innych. Rdzeniem tej pracy jest dialog publicystyczny autorytetów z Litwy i Polski na temat Polaków litewskich. Nie omieszkałem przytoczyć też wypowiedzi lokalnych działaczy polskich.

WM: W swojej książce nie omieszkał Pan również przypomnieć błędne posunięcia wileńskich działaczy i wspomnieć o wynikających z tego konsekwencjach.

Chodziło tu o wstrzymanie się od głosu przedstawicieli Polaków w sprawie Aktu Niepodległości Litwy w parlamencie (wtedy de facto oznaczało to sprzeciw) oraz próby utworzenia autonomii terytorialnej z obszarów Wileńszczyzny.

WM: Jakie kwestie, Pana zdaniem, są dziś najbardziej aktualne dla młodego pokolenia litewskich Polaków?

MM: Jak zdobyć dobrą pracę, niemałe wynagrodzenie, w jakim języku wychować swoje dzieci – żartuję. Wszystkie te sprawy są jak najbardziej ludzkie, to jest normalne. Wiadomo – nie każdy chce do końca życia „walczyć” o nasze polskie sprawyi nie każdy musi. Chodzi o to, żeby ci, którzy poczuwają się do tego silni, godnie, rzetelnie i profesjonalnie nas reprezentowali. Pomimo wielkiej pracy, która zostzała już zrobiona w ciągu 16 lat niepodległości, pomimo chęci – nie do końca nasza mniejszość jest profesjonalna. A przecież Litwa kształci świetnych specjalistów, z Polski wracają ludzie po dobrych studiach.

Ludzie ci jednak nie zawsze znajdują jakieś godne siebie zajęcie w strukturach polskich. Chodzi mi tutaj o mechanizmy pozyskiwania tych fachowców, żeby pracowali na rzecz mniejszości. Można owszem, zarzucić mi, że nie rozumiem warunków gry rynkowej, ale mnie się wydaje, że w takim wypadku studia w Polsce mało dają ludziom, których Polska wykształciła na specjalistów z zamiarem podnoszenia poziomu kultury w swoich krajach.

Doleję jeszcze oliwy do ognia – nie można nie zauważyć sprawy, że Litwinom kultura polska, w porównaniu z innymi światowymi – nie jest atrakcyjna. Wobec tego, żeby stanowić jakąkolwiek siłę, bądź zwyczajnie nie marnować potencjłu intelektualnego, trzeba się jakoś grupować, zakładać instytucje, tworzyć nowe mechanizmy, żeby Polak na Litwie był Polakiem – mniejszością wykształconą, majętną, ale lojalnym wobec Litwy. Inaczej czeka nas chaos, rozproszenie i w dalszej perspektywie zanik. I pewnie  najbardziej w młodej kadrze widziałbym nadzieję na poprawę naszej kondycji.

WM: Jak by ocenił Pan kulturalną kondycję społeczności polskiej na Litwie?

MM:   Pomimo tego, że udało się Polakom na Litwie wytworzyć dość szeroki „zakres swobód”, to jednak, moim zdaniem, brakuje nam wśród Polaków litewskich ludzi z warstw inteligencji. Nie mówię, że jej nie ma, bądź że nie kształci się młoda inteligencja, chodzi mi bardziej o to, że jest niewidzialna. Brakuje jej aktywności.

Zjawiskiem, które obserwuję już od ukończenia studiów, jest również to, że Polacy na Litwie, a prznyajmniej w Wilnie, jak gdyby „siedzą cicho”, często muszą unikać polskiego języka, np. w pracy, urzędach czy w kontaktach koleżeńskich. Chociaż to ujęcie problemeu słowem „muszą” nie całkiem jest adekwatne. Może tu chodzi bardziej o to, że nie chcą rozmawiać po polsku (oczywiście między sobą) a nieraz świadomie unikają języka polskiego. […]

Dlaczego nieraz unikamy polskiego? Odpowiedzi jest wiele. I myślę, że każdy sobie doskonale to wyjaśni. Ja natomiast chciałem zasygnalizować, że wobec całej normalności zaistniałej sytuacji, bo mieszkamy w Państwie Litewskim, mnie się to bynajmniej normalnym nie wydaje. Więc jeśli pyta Pan o kondycję kultury mniejszości polskiej, to chyba trzeba stwierdzić, że coś tu jest nie tak.

WM: Co mianowicie ma Pan na myśli?

MM:  W naszym kraju zachodzi szereg wszelakich najdziwniejszych procesów, których nie sposób nie zauważyć. Nie chcę tutaj wymieniać wszystkich, aletak mi się wydaje, że zmierzając ku normalności – normalnym się staje, że Polak na Litwie powoli transformuje się w stronę obywatela konformistycznego. Oczywiście, można to wytłumaczyć tym, że żyjemy na Litwie, a na Litwie mieszkają Litwini. Ale nie zapominajmy również, że żyjemy tu od wieków, że mamy obywatelstwo litewskie, że jako obywatele, którzy de facto są mniejszością, mamy takie same prawa jak i Litwini. A Litwini powinni nas zauważać, na przykład, w procesie zwrotu ziemi, w szkolnictwie i innych palących problemach.

WM: Galeria „Znad Wilii” jest jednym z najjaskrawszych ogniw polskości na mapie Wilna, a jednocześnie jest znakomitym przykładem konstruktywnej współpracy polsko-litewskiej.

MM: Galeria „Znad Wilii” czynnie zabiega o dobre stosunki polsko-litewskie – jest również insystucją prywatną. Sama musi wypracować sobie środki na istnienie w warunkach kapitalistycznych, a co się za tym wiąże – stara się wszystko, co robi, robić jak najlepiej, żeby później produkt który wypracuje, mówiąc bez obwijania w bawełnę, dobrze sprzedać. A ponieważ obraca się w sferze kultury, ma możliwości uprawiać te stosunki zz ludźmi, którzy najczęściej tam trafiają.

Oprócz sprzedaży dzieł sztuki, galeria gościła w swych progach wielu wybitnych osobistości światowych, ludzi znaczących zarówno na Litwie, jak i w Polsce. […] W galerii obok obrazów malarzy polskich wiszą obrazy Litwinów, Rosjan, Białorusinów, Żydów. Często dochodzi tu do dyskusji, odbywa się to w atmosferze pozytywnej – ludzie z Polski i Litwy konfrontują swoje poglądy. Polacy widzą, że poziom sztuki jest profesjonalny, a jeśli to słaby przykład, to mogę powiedzieć, że często gościmy również turystów z innych europejskich państw. Często słyszymy, że nasza sztuka jest na wysokim poziomie. A to cieszy niezmiernie i pokazuje, że tam, gdzie dialog polityczny zawodzi, można to robić poprzez kulturę.

WM: Jak Pan ocenia dzisiejsze stosunki polsko-litewskie?

MM: Dziś stosunki polsko-litewskie są dobre jak nigdy wcześniej, przynajmniej od stu lat. To powinno cieszyć rządy w Warszawie i w Wilnie. Ale zejdźmy niżej – do realnej mniejszości polskiej na Litwie. Brakuje tym stosunkom wyczulenia na krzywdy mniejszości, brakuje, pomimo deklaracji, chęci zrozumienia problemów. Okazuje się, że w żaden sposób nie można przyśpieszyć zwrotu ziemi. A ja – lojalny obywatel Litwy – nie mogę tak jak mój kolega Litwin odzyskać ojcowizny.

Naszą mniejszość stanowią ludzie – mieszkający tu, dziś i teraz. Nie wierzę w to, że nie można tych problemów rozwiązać. Wydaje mi się, że jest jakaś zmowa milczenia, pewna perfidia w tych relacjach w stosunku do mniejszości. […] 

WM: Dlaczego w swoim czasie wybrał Pan studia w Polsce?

MM: Tak się złożyło, że podczas nauki w szkole interesowałem się polityką, kulturą, sztuką. Młodemu człowiekowi Stosunki Międzynarodowe na Uniwersytecie Łódzkim w Polsce wydawały się dosyć interesującym i atrakcyjnym kierunkiem. Okazało się już na studiach, że oprócz polityki mieliśny na przeciągu studiów wiele innych przedmiotów, co siłą rzeczy pozwoliło poszerzyć horyzonty i nauczyć się, że tak powiem, szerszego myślenia.

„Kurier Wileński”, 7.07.2006