Archive for the 'Sztuka' Category

Wywiad z Marylą Rodowicz

Twarz polskiego kina: Andrzej Chyra (wywiad)

Ukończył Pan szkołę aktorską, a następnie studia reżyserskie. Jak traktuje Pan połączenie tych dwóch, w pewnym sensie, sprzecznych zawodów?

Z mojego doświadczenia znam paru aktorów, którzy reżyserują i reżyserów, którzy są aktorami. Myślę, że człowiek podlega ewolucji, jest to też kwestia pewnej potrzeby. Ostatnio zawodu reżyserskiego nie uprawiam, bo nie muszę. Sporo gram, ale na raie nie mam wyraźnego pomysłu, idei, tekstu czy historii, którą bardzo chciałbym opowiedziweć. Ale trzymam to gdzieś w sobie jako potencjalną możliwość, bo czasami wydaje mi się, że chciałbym trochę więcej. Traktuję aktorstwo bardzo instrumentalne, nie traktuję tego osobiście, chociaż używam siebie czasami bardzo osobiście.

Rzeczywiście, są w tym może sprzeczności osobowościowe, ale studia reżyserkie były mi potrzebne, żeby pewne rzeczy dla siebie zweryfikować. Studia pomogły mi uwolnić się od maniery szkolnej, był to taki czas, gdy mogłem wyjść na swoje, coś na innych spróbować, coś na sobie. Nawet jeżeli nie będę się parał reżyserią poważnie, to myślę, że moim rozwoju aktora reżyseria była istotnym etapem.

Czy aktorstwo było powołaniem, czy trafił Pan do teatru przez przypadek?

Myślę, że było to powołanie, ale na pewno nie przypadek. Pochodzę z takiego regionu i rodziny, dla której to wszystko było czymś bardzo abstrakcyjnym. Mój ojciec jest związany z górnictwem i ma bardzo praktyczne myślenie o życiu. Skoro wypowiedziałem się za aktorstwem – była to moja wola. Bowiem aktorstwo było wyraźnie czymś innym, niż dotychczasowe moje życie wówczas. Ale złożyłem papiery do szkoły aktorskiej. Pomyślałem, że trzeba spróbować, a jeśli się nie uda, to wybrać coś bardziej zdroworozsądkowego. Tak więc, nie ma w tym przypadku. Aktorstwo nieśmiało chodziło mi po głowie przez wiele lat. Gdy przyszegł moment, w którym trzeba było decydować się, podjąłem decyzję i konsekwentnie jej broniłem.

Ale początki w teatrze nie były łatwe…

Kończyłem szkołę aktorską w marnym czasie dla aktorów polskich. Były to czasy bojkotu telewizji, końcówka komunizmu. Szkołę teatralną skończyłem w 1987 roku.

Reżyseria natomiast była wyborem, związanym z tym, że szczerze mówiąc, jako młody człowiek nie bardzo wierzyłem w siebie jako aktor. Wydawało mi się, że jeszcze muszę dojrzeć. Reżyseria była takim elementem, by otworzyć dla siebie jeszcze jedną ścieżkę i jak gdyby wystawić się na próbę. Przez trzy lata robiłem programy w telewizji jako reżyser. Było to bardzo użyteczne i dopiero film „Dług” uruchmił karierę. Teatr proponował mi eksperyment, coś co by wychodziło poza tradycyjne mieszczańskie traktowanie teatru. Film jest dla mnie dziedziną realistyczną. I to jest najważniejszy sposób przedstawiania rzeczywistości. Natomiast teatr jest dla mnie totalną wolnością. Z teatrem jest jak z poezją – zderzenia, metafory, symbole, parabole itd. To instrumenty, które w teatrze są istotne, a mnie – pociągają najbardziej. Nudzi mnie grzeczny, realistyczny teatr. Lubię poszaleć.

Jak mógłby Pan swoją pracę z reżyserem filmu „Wszyscy jesteśmy chrystusami” Markiem Koterskim?

Praca za Markiem Koterskim była dla mnie bardzo ciekawa. Jest to spotkanie z wyjątkowym, bardzo ciekawym człowiekiem, artystą szalonym, bardzo precyzyjnym i bardzo dokładnie wiedzłcym co robi oraz jakich środków używa, jakich instrumentów dotyka robiąc coś. W tej pewnej niewoli, którą reżyser narzuca, walczę o jakąś wolność i autonomię – i w tym zderzeniu to było niezwykle interesujące. Scenariusz jest wspaniały, rozleglejszy, dokładnie rozpisany i brdzo precyzyjny. Film jest tak na prawdę zylko częścią tego. Być może wynika to z tego, że Marek Koterski jest bardziej literatem,  a mniej filmowcem. Ale była to wyjątkowa praca dla mnie.

Czy mógłby Pan wymienić swoje autorytety filmowe?

Moje autorytety filmowe – to właściwie cała klasyka europejska i amerykańska – Bergman, Antonioni, Fellini, Bunuel, Fasbinder. Z polskich reżyserów – Wajda, Zanussi, Kieślowski. Mówiąc o aktorach, bardzo cenię Amerykanów. Amerykanie chyba jednak wykształcili w aktorstwie coś takiego najbardziej przekonującego, chociaż moim ulubieńcem zawsze był Marcello Mastroiani, ale Amerykanie mają jednak mocniejszą szkołę aktorską. Rosjanie też mają bardzo dobrą szkołę, ale myślę, że Amerykanie są lepsi, ponieważ mają trochę lepsze spektrum. W Polsce też mamy dobrych aktrów – Janusz Gajos, Jerzy Radziwiłowcz.

Jak reaguje Pan na wzrastającą popularność?

Mało gram w telewizji. Robiłem w sumie w dwóch serialach zamkniętych, ale staram się nie przesadzać z telewizją. Myślę, że to wąaśnie telewizja tworzy popularność. Czasami widzę, że mnie rozpoznają albo z kimś im się kojarzę, ale nie do końca są pewni…

Jaki stosunek ma Pan do nagości oraz brutalności w kinie lub w teatrze?

Jeśli chodzi o nagość, zdarzyło mi się parę razy rozebrać. Ale nie traktuję tego jako coś niewłaściwego. Chodzi tu o użycie nagości. Tak się wszyscy zasłaniają, zastanawiają się, czy jest to uzasadnione, czy nie odwraca uwagi od tego, co jest sednem, pomaga to bardziej czy przeszkadza. Nagość zawsze będzie odwracała uwagę. Jeżeli jest to istotne pod względem treści, to uważam, że można to robić. Nie jest to dla mnie coś niemożliwego. Nagość w polskim kinie gdzieś tam gra cały czas. Znam moich kolegów reżyserów, którzy lubią pokazywać nagość.

Natomiast epatowanie brutalnością jest często niepotrzebne. Wszystko zależy od jej sensowności w filmie. Nie przepadam za brutalnością, chociaż postacie, które gram, nie należą do najprzyjemniejszych.

Jakie kryteria są dziś dla Pana ważne przy wyborze roli filmowej lub tearalnej?

Na razie odrzucam słabsze propozycje, bo chciałbym jednak zrobić film, który da mi satysfakcję, który będzie krokiem do przodu, a nie odrabianiem zadań, a z tym nie jest tak łatwo. Z kolei teatr – to jest to, z czego nie chcę rezygnować. Teatr ma tę przewagę, że ma ogromne zaplecze literackie – od antyku poprzez Szekspira do Czechowa. Niezależnie od tego, czy gram w filmie, czy w teatrze, staram się kreować postać, która by była współczesna, rwagowała i myślała w sposób, który jest dla nas zrozumiały. Może być kostiumowa, ale powinna mieć rysy współczesne. W teatrze mam oparcie, tematy, sprawy i ludzi, z którymi warto coś robić.

„Kurier Wileński”, 28.04.2007

Wywiad z Krzysztofem Zanussim

Krzysztof Zanussi: „Na Litwie odradzają się polskie elity…”

WM: Zakończył się VI Tydzień Filmu Polskiego w Wilnie. Podsumowując program, na który się złożyło osiem najnowszych filmów reprezentujących współczesną kinematografię polską, odniosłem wrażenie, że we współczesnym kinie polskim kontynuowana jest tradycja kina moralnego niepokoju. Czy to jest prawda?

KZ: Tak, to jest prawda. Generalnie biorąc, problematyka etyczna jest jak gdyby napędem wszelkich konfliktów dramatycznych. Szekspir też zajmował się tó problematyką, o tym również pisał Molier. Ale kino moralnego niepokoju – to dość specyficzne rozumienie tych kwestii, problematyki moralnej, przymierzonej do rzeczywistości codziennej. Odbajdujemy ciągle ten sam niepokój, że żyjemy nie tak, jak byśmy chcieli, że mamy społeczeństwo nie takie, o jakim marzyliśmy. To ciągle powraca. Przeżyliśmy jakiś wielki przełom i chcemy być dumni z tego, co się stało w naszej części świata. Ale też widzimy, jak bardzo sami siebie zawiedliśmy. Jesteśmy gorsi niż przypuszczaliśmy. Więc to jest motyw, który się pojawia. Dlatego „Komornik” – to też jest kino moralnego niepokoju. To jest przedłużenie tego spojrzenia, które jest dla sztuki dość naturalne. Każdy artysta cierpi widząc, że życie tak bardzo pozostaje w tyle od ideału.

Nie mamy dzisiaj tak wielkiej pasji, by robić w Polsce kino na tematy polityczne, u nas nigdy nie mogło to istnieć za komuny, ale też to nie jest powołaniem sztuki. Sztuka traci na wartości, jeżeli zajmuje się polityką. Polityka jest sprawą podatków, ponieważ najważniejsza sprawa w polityce – to kto, gdzie i za co płaci. Natomiast zajmujemy się jednak stroną wartości, a nie pragmatycznych decyzji, jakie są naturalne dla świata polityki. Stąd jak są takie skrajne momenty w życiu społeczeństwa, to czasami pojawia się takie pragnienie, żeby artysta stanął wyraźnie po stronie… Artysta staje wyraźnie po stronie wartości, a nie politycznego ruchu. On chce bronić prawdy, wolności, czyli takich rzeczy, które są wartością absolutną. A kto tam jaką partię polityczną pod to „podczepia”… Wszyscy politycy mówią zawsze, że działają w imieniu jakichś wartości i wszyscy w jakimś stopniu troszkę kłamią.

WM: Niedawno w Polsce powstała nowa instytucja filmowa – Polski Instytut Sztuki Filmowej. Czy jest to szansa dla polskiego kina?

KZ: Jest szansą nie przez sam instytut, który jest po prostu działem administracyjnym, wykonawczym, ale przez to, że nowe prawo filmowe obciążyło kulturę procentowym podatkiem. Wszelką reklamę we wszystkich telewizjach – i prywatnych, i państwowych – obciężyło 1,5-procentowym podatkiem, jak też bilety sprzedawane do kina na wszystkie filmy, również amerykańskie. I wreszcie, 1,5-procentowym podatkiem obciążono wszystkich, którzy ściągają abonament.

To jest ogromny sukces polskiej klasy politycznej, ponieważ przeciwko temu były ogromne pieniądze, głównie amerykańskich koncernów i wielkich stacji telewizyjnych, które są już bardzo potężne. Dlatego o tym mówię tu, na Litwie, ponieważ trzeba uświadomić, że z takim prawem trzeba bardzo się śpieszyć, bo wprowadzili je Francuzi, w czasach, kiedy nacisk amerykański był jeszcze słaby: oni to zrobili już w latach 50-ch. Natomiast Włosi od dwudziestu lat próbują przeprowadzić takie prawo przez parlament i zawsze lobbing amerykański powoduje, że iluś tam parlamentarzystów wyłamie się i nie zagłosuje za tym, żeby tym super bogatym coś odebrać. Oni mają do dyspozycji wielkie środki. […]

Środowisko filmowe w Polsce już od lat posiada środki, których nie mają na przykład filmowcy rosyjscy. Nie mam pojęcia, czy mają je litewscy filmowcy. Przejęliśmy zarządzanie prawami autorskimi, więc Instytut Sztuki Filmowej jest bogatą instytucją. W tej chwili stać nas na współfinansowanie filmów, fundowanie stypendiów, wysyłanie młodzieży za granicę. Jesteśmy o wiele bardziej bogatsi, niż w czasach komuny. Zarządzanie prawami auroskimi daje nam pewien naturalny zysk obrotowy, który potrafimy zrobić, gdy w coś zainwestujemy. Układa się to nadzwyczaj szczęśliwie.

WM: Czy na tym gruncie w kinie polskim pojawiają się wielkie talenty wśród najmłodszej generacji filmowców? Czy mógłby Pan wskazać nazwiska, które są przyszłością polskiej kinematografii?

KZ: Jestem zarówno wykładowcą w szkole filmowej w Katowicach, jak i kolegą tych ludzi, których ewentualnie mógłbym wskazać. To jest zawsze bardzo kłopotliwe, bo jest to wystawianie cenzury. Widzę talenty, aczkolwiek najwięcej talentów pojawia się dopiero teraz, bo trzeba było 15 lat na to, żeby ta transformacja jakoś się wyklarowała. To jest czas zamętu. Pierwsze pokolenie, które przeszło ten przełom, w pewnym stopniu się pogubiło. Bardzo dużo moich kolegów oraz moich uczniów robi dzisiaj telewizyjne seriale, robi rzeczy kiczowate, zarabia pieniędze. Natomiast wśród młodszych widzę wielu interesujących, dobrych, twórczych osobowości.

Ale możemy mówić tylko o ludziach, którzy zrobili więcej, niż jeden film. Bo jeden film to się często udaje. Zobaczymy, kto naprawdę wypłynie. Jest pani Marta Piekosz – wybitna studentka, jest pan Chabicki, którego nie uczyłem, ale są to ludzie, których możemy wskazać palcem, że na pewno są zdolni. Jest pani Szumowska, która zrobiła dziwny, interesujący film, jest nieco starsza pani Kędzieżawska, która kontynuuje bardzo wyraźną linię swoich filmów. Nie mogę powiedzieć, że nie ma na kogo patrzeć, ale jest bardzo wielu młodych, którzy w tej chwili czekają na te fundusze, które pozwolą im łatwiej coś nakręcić.

WM: Od dawna można zaobserwować Pana twórcze powiązania z Rosją. Ma Pan sporo przyjaciół w Rosji, a w filmie „Persona non grata” jedną z głównych ról odgrywa wybitny rosyjski reżyser Nikita Michałkow. Jednocześnie możemy stwierdzić, że w Polsce kulturę rosyjską w pewnym sensie zepchnięto na margines. Jak Pan łączy te rozbieżności?

KZ: W Polsce jest ogromny odrzut dla kultury rosyjskiej. Jest to związane oczywiście z rosyjskim zaborem. Polska jest sklejona z trzech zaborów i dzisiaj niesłychanie różni się po tych zaborach. To zadziwiające, jak rzeczywistość sprzed stu laty jest ciągle obecna. Wrocław, Poznań czy Katowice – to są zupełnie inne miasta. I Warszawa, jak i Wilno, jest ze starego zaboru rosyjskiego, gdzie była najniższa kultura urzędnicza i najniższa kultura materialna, wobec czego te konflikty są podszyte tamtą pamięcią. Chętnie to mówię, bo miałem być ambasadorem Polski w Roji. Otóż ja bardzo Rosję lubię, bo jest mi ona obca, jestem z pochodzenia Włochem. Nie mam z tym nic wspólnego. To jest inny świat. Nie jestem do tego świata uprzedzony. Wielu Polaków, którzy czują się trochę zrusyfikowani, mają taki histeryczny odrzut Rosji dlatego, że ona w nich troszkę rezonuje. Ja nie piję wódki, nie znoszę uczuciowości słowiańskiej, w ogóle nie jestem Słowianinem. Obserwuję to z ciekawością, bo to nie jestem ja i jest mi łatwiej.

WM: Jest to kolejna z rzędu Pańska wizyta na Litwę. Czy ma Pan już grono znajomych, przyjaciół, ulubione miejsca w Wilnie?

KZ: W Wilnie mam masę ulubionych miejsc, bardzo ładnych. Znam dobrze pana Landsbergisa, który był jednym z motywów mojego ostatniego filmu. W filmie można go rozpoznać – muzykolog, który zostaje politykiem. W Polsce takiego nie mamy. Do swojego filmu ten motyw wziąłem właśnie od niego. Wśród młodszych kolegów też mam sporo znajomych. Jest to naturalna bliskość – byliśmy bliscy sobie w latach, kiedy był Związek Radziecki, bo przyjeżdżaliżmy tutaj. Nie po to, by repolonizować Wilno, no bo po co? Wszyscy musimy dziś z bólem powiedzieć, że to nie ma dzisiaj sensu.

Natomiast zjednoczona Europa inaczej w ogóle już definiuje poczucie narodowości i sąsiedstwa, stąd fakt, że może być miasto paru narodów, jest dzisiaj naturalny. To nie jest już fakt tak wybuchowy, jaki był kiedyś. Dlatego człowiek tak dobrze się tu czuje.

WM: Jest Pan bardzo znanym i cenionym na świecie intelektualistą, sporo Pan podróżuje, zna Pan także nasze litewskie realia. Jak widzi Pan perspektywy polskiej społeczności na Litwie?

KZ: Dla mnie to jest właśnie ta jasna pespektywa zjednoczonej Europy. Jasna – w sensie promienna, a nie mroczna. Dzisiaj te napięcia szalenie słabną. Bardzo chętnie jeżdżę w te regiony, które mnie nie dotyczą, ale w których jest podobnie skomplikowana przeszłość. Patrzę na Luskemburg i na Alzację. Jeżdżę do Katalonii i dolnego Tyrolu. Widzę, jak to się obecnie zdedramatyzowało. Można dziś być niemieckojęzycznym Włochem, to nie ma wielkiego znaczenia – kto płaci podatki w którą stronę, bo i tak po części idą one do Brukseli. Bardzo bym się cieszył i cieszę się, gdy widzę, że na Litwie odradzają się polskie elity.

Dramat Polaków na Litwie polega na tym, że wyjechało stąd bardzo wielu ludzi wykształconych. To, co się stało na Białorusi, jest jeszcze straszniejsze. Tam właśnie wyjechali wykształceni, a została ta reszta, która dopiero szuka przywództwa. Polacy w Polsce wielokrotnie wstydzili się za to, że Polacy na Litwie nie znajdowali godnego przywództwa, że dawali się manipulować jakimś podejrzanym indywiduom czy wręcz ludziom o podejrzanych życiorysach. Zabrakło tu własnej elity, która by była nie tyle silna, by pilnować przed takim zagrożeniem. Dzisiaj to się odradza przez to, że młodzi ludzie się kształcą i chcą tutaj nadal mieszkać.

„Kurier Wileński„, 3.05.2006 

Zagadkowy wazon

Pewnego dnia do redakcji „Magazynu Wileńskiego” przyszedł nasz stały czytelnik. Pan Jan, wilnianin (nazwisko prosił zachować do wiadomości redakcji), robiąc ubiegłego lata generalne porządki w swoim gospodarstwie na Wołokumpiach, wśród licznych nieużytecznych przedmiotów, które się nagromadziły przez dziesięciolecia, natrafił na intrygujący metalowy przedmiot. I chociaż przeleżał tam ponad 20 lat, jakoś  nigdy nie zwracał nań specjalnej uwagi.

Tym razem jednak zaintrygowało go pochodzenie i przeznaczenie owej metalowej konstrukcji. Wydobył ją spośród innych staroci, wyczyścił z piasku i wieloletniego kurzu, przyjrzał się dokładniej. Pan Jan był zdumiony, gdy „odkrył”, iż jest to wazon na kwiaty, zrobiony z… gilzy armatniej. Wazon ozdobiony jest elementem dekoracyjnym – misternie wyciętymi w metalu liśćmi dębowymi. W dolnej części wazonu zachowała się dość czytelna dedykacja:

 Panu Dyrektorowi Szkoły Zawodowej Dokształcającej

Instytut Rzemieślniczy w Wilnie

Absolwenci III roku mech. i elektr.

1936/37

Z tym właśnie „trofeum” pan Jan przyszedł do redakcji. Jak się okazało, stary wazon nie należy do pamiątek rodzinnych naszego czytelnika, a trafił do niego wraz z majątkiem, który przejął po śmierci stryjecznej siostry, w żaden sposób nie związanej z przedwojenną szkołą zawodową, figurującą w napisie dedykacyjnym.

Według słów pana Jana, przed wojną mieściły się na Wołokumpiach domki letniskowe i ogrody zamożniejszego mieszczaństwa oraz inteligencji wileńskiej. Być może właśnie tam mieszkał wspomniany w napisie dyrektor. Dzisiaj ustalenie tego jest raczej trudne. Nie mogliśmy jednak nie zgodzić się z naszym czytelnikiem, że zagadkowy wazon fascynuje oryginalnością pomysłu przekształcenia jednego przedmiotu w inny, misternością wykonania. Gilza jako pierwiastek agresji, destrukcji, wojny – rękami uczniów została zmieniona w symboliczne drzewo: pierwiastek życia, pokoju, stabilności…

Zmierzyliśmy wielkość wazonu: wysokość wynosi 25 cm, a razem z dekoracją z liści w górnej części gilzy – 37 cm. Średnica natomiast mierzy 8,2 cm. A posługując się słownictwem militarnym, można powiedzieć, iż wazon został utworzony z tzw. armatniej „osiemsetdwudziestki”.

Pomimo niewątpliwej wartości artystycznej, przedwojenny wazon z całą pewnością ma także wartość historyczną: eksponat zawiera informację o istnieniu w przedwojennym Wilnie dokształcającej szkoły zawodowej. O wspomnianej w napisie dedykacyjnym uczelni dziś już niewielu może pamiętać, bowiem uczniowie wymienionego Instytutu Rzemieślniczego są w sędziwym wieku, nie mówiąc już o wykładowcach. Dramatyczne lata wojny, okres stalinowski, kolejne fale repatriacji, gdy ludność polska masowo opuszczała Wilno i Wileńszczyznę, powojenna sowietyzacja tych terenów i starania władz radzieckich o zakasowanie lub zniekształcenie historii – wszystko działało w kierunku zatarcia pamięci o wspomnianej szkole, jak też innych przedwojennych wileńskich średnich placówkach oświatowych. Bowiem szkoła zawodowa, o której mowa, była tylko jedną wśród licznych szkół średnich zawodowych i wyższych uczelni w przedwojennym Wilnie, które pokrył kurz zapomnienia.

Zaintrygowany tajemnicą wazonu zdecydowałem, w miarę moich skromnych możliwości, chociaż trochę uchylić rąbka historii z nim związanej. Udałem się do Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego Litwy w Wilnie (CPAH) z nadzieją, iż tam znajdę tę nitkę, która może mnie doprowadzić do przysłowiowego kłębka. Dzięki pracownikom archiwum udało mi się dotrzeć do informacji dotyczących Kresów Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej. I tu odkryłem dla siebie: jakże rozległa była mapa instytucji edukacyjno-wychowawczych w przedwojennym Wilnie i na Wileńszczyźnie! Wśród zasobów archiwalnych CPAH zachowały się akta dotyczące nie tylko znanego w Europie Wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego i Wileńskiego Uniwersytetu Państwowego, lecz rownież dokumenty świadczące o działalności wielu innych, być może dziś już zapomnianych inysytucji edukacyjnych.

Przy okazji chciałbym przypomnieć, że w przedwojennym Wilnie było osiem państwowych gimnazjów polskich: imienia Orzeszkowej, Lelewela, Mickiewicza, Słowackiego, króla Jagiełły, króla Zygmunta Augusta, księcia Adama Czartoryskiego, Tadeusza Czackiego, a także Państwowe Gimnazjum im. św. Kazimierza w Nowej Wilejce. Oprócz tego działały liczne gimnazja prywatne oraz katolickie, m. in. Ferdynanda Welera, Jezuitów, Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, Humanistyczne Gimnazjum Żeńskie i in. Działało także Państwowe Liceum im. Jana i Jędrzeja Śniadeckich, Liceum im. Filomatów, Państwowa Szkoła Techniczna im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, Żydowskie Gimnazjum Humanistyczne, Litewskie Gimnazjum Witolda Wielkiego, Rosyjskie Gimnazjum Z. Bykowej-Łuninej oraz liczne państwowe i prywatne szkoły powszechne oraz dokształcające, seminaria nauczycielskie, licea, kursy, szkoły rosyjskie, żydowskie, białoruskie i litewskie. CPAH Litwy w Wilnie zawiera akta ponad 90 administracji przedwojennych szkół oraz placówek edukacyjnych. I nie ulega wątpliwości, że życie edukacyjne przedwojennego Wilna zasługuje na osobną rozprawę naukową czy obszerniejszą pracę historyczną.

Po godzinach spędzonych w archiwum natrafiłem na akta Państwowej Szkoły Rzemieślniczo-Zawodowej w Nowej Wilejce. Istniała taka szkoła. I oto wśród zachowanych dokumentów dotyczących tej uczelni odkryłem nazwę Prywatna Szkoła Zawodowa Dokształcająca Męska i Żeńska Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie. Z całą pewnością jest to właśnie ta instytucja, z którą związane jest pochodzenie wazonu odnalezionego przez pana Jana. Niestety, nie udało się ustalić w jakich latach funkcjonowała ta szkoła. W archiwum państwowym zachowały się jedynie resztki dokumentów: pięć aktów z lat 1935-1939, wśród nich szkolna Księga Ogłoszeń, Księga Korespondencji, Księga Główna Komitetu Rodzicielskiego oraz liczne podania uczniów – prośby o zwolnienia z opłat, o przyznanie bezpłatnego dożywiania itd. Wśród zżółkłych papierów zachowało się także wydanie warszawskiego dziennika „Monitor Polski” z 22 marca 1938 roku, w którym w ogłoszeniach rejestru stowarzyszeń informuje się, że „Na zasadzie postanowienia Wojewody Wileńskiego z dnia 31 stycznia 1938 roku wciągnięto do rejestru stowarzyszeń i związków Urzędu Wojewódzkiego Wileńskiego stowarzyszenie pod nazwą „Komitet Rodzicielski przy Prywatnej Szkole Zawodowej Dokształcającej Męskiej i Żeńskiej Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie”.

Dalej dziennik publikuje listę założycieli owego stowarzyszenia. Są to: Władysław Szumański, Julian Sochaczewski, Witold Druskont, Bronisław Kukiel, Edward Sienkiewicz, Kazimierz Mazuro, Alojzy Niemiec, Julian Witos, Jakub Sosnowski, Helena Trimfowa, Władysław Słonicz, Franciszek Chrul, Adolf Maksymowicz, Stefan Mass, Władysław Zubonin, Wanda Kulinowska oraz Aleksandra Szkiełojciówna. „Celem komitetu jest niesienie moralnej i materialnej pomocy uczącej się w szkole młodzieży, odżywianie jej i zaopatrywanie w odzież, obuwie, podręczniki szkolne i pomoce naukowe, urządzanie wycieczek i innych rozrywek kulturalnych, czytelni, biblioteki, kolonii letnich, burs oraz sal zajęć”.

Niestety, w dokumentach archiwum nie znalazłem adresu szkoły. Zachował się natomiast protokół egzaminu końcowego z języka polskiego w klasie III „elektrycznej”, odbytego w dniu 7 czerwca 1937 roku. Jest to jedyny dokument, w którym wyraźnie wymienia się nie tylko nazwisko dyrektora, lecz także kilka nazwisk nauczycieli oraz szkolnych władz.

„Komisja Egzaminacyjna w składzie: Helena Wierzbicka jako członek egzaminujący, Teodora Duszyńska jako członek asystujący, Józefa Terajewiczówna jako członek asystujący oraz dyrektor szkoły Leon Krawacki jako przewodniczący.” Protokół informuje, iż w tym dniu do egzaminu przystąpiło 12 uczniów klasy „elektrycznej”: Baniak Ignacy, Janowski Edward, Gajdis Wilhelm, Plawgo Mieczysław, Popławski Henryk, Pieślak Sylwester, Spirydowicz Jerzy, Stapowicz Piotr, Szczawiński Zygmunt, Szydłowski Władysław, Rum Zygmunt oraz Kopiejć Mieczysław.

Wymienione nazwiska bez wątpienia należą do osób, które ofiarowały dyrektorowi własnoręcznie wykonany wazon z okazji zakończenia roku szkolnego. Zatem z całą pewnością wazon należał do pana Leona Krawackiego, dyrektora Szkoły Zawodowej Dokształcającej Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie. Nie znamy jednak losów jego rodziny ani Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie.

Gdyby więc pośród szanownych czytelników „Magazynu Wileńskiego” znalazły się osoby, posiadające jakąkolwiek informację na temat tej szkoły, losów jej absolwentów, dyrektora i nauczycieli – uprzejmie proszone są o kontakt z redakcją. Może udałoby się uzyskać dodatkową informację dotyczącą interesującego tematu.

„Magazyn Wileński”, 11/2005

Rozmowa z Krzysztofem Niesiołowskim, wilnianinem, dyrektorem Teatru „Baj”

Krzysztof Niesiołowski: „W naszym teatrze dzieci nie boją się i nie płaczą”

Wilno przedwojenne kojarzy się dla mnie przede wszystkim z moim dzieciństwem. Mieszkałem z rodzicami na ulicy Zamkowej 24, gdzie z naszego balkonu było widać popiersie Juliusza Słowackiego. Codziennie chodziłem do szkoły, która nazywała się „Dziecko polskie”. Po wojnie w tym budynku był już Komitet Centralny Partii Komunistycznej Litwy.

W Wilnie człowiek na codzień ocierał się z historią. Pamiętam Wilno jako miasto ludne, gwarne. Jeździły autobusy, które z trudem, ale mieściły się na Zamkowej. Mówiło się wówczas, że jedziemy „arbonem”. „Arbon” – to była firma szwajcarska, która produkowała i dostarczała te autobusiki do Wilna. Od listopada do marca w Wilnie było bardzo dużo śniegu. Miasto właściwie było szaro-białe. A ta dzisiejsza kolorowość Wilna, która nie wiem, czy jest zgodna z zapisami historycznymi, też mi się bardzo podoba. Teraz Wilno jest piękniejsze i jest miastem bardziej efektownym, niż było do 1939 roku. Ale oczywiście, nostalgia za starym Wilnem ciągle pozostaje.

WM: Jak się zaczęła Pana przygoda z teatrem lalek?

KN: W życiu ludzie czasem mówią nieprawdę, że niby od dziecka chcieli być kimś. Wydaje mi się, że bardzo często to jednak przypadek człowieka ustawia w życiu. Mój ojciec, Tymon Niesiołowski, był malarzem, profesorem na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, więc sprawy sztuki i malarstwa były mi bliskie.

Moje pierwsze doświadczenia teatralne wiążą się właśnie z Wilnem. Swój pierwszy spektakl oglądałem na ul. Końskiej, gdzie wówczas mieściły się zespoły aktorskie – polskie teatr lalek „Bajka”, „Wileński teatr lalek” oraz Żydowski teatr „Maidim”. Wszystkie te zespoły jakoś razem funkcjonowały. W 1941 roku, jako trzynastoletni chłopak, obejrzałem spektakl polskiego zespołu. Było to marionetkowe przedstawienie „Nowe szaty króla” w teatrze marionetkowym Olgi Totwen, który działał w ramach Teatru Młodego Widza na ulicy Końskiej. Był to mój pierwszy kontak z teatrem lalek.

Dziwne, mistyczne miejsce, najwęższa uliczka w Wilnie – Końska – tak przyciągała lalkarzy. Po wojnie powstał tu litewski teatr „Lėlė“. Wilnianka Olga Totwen po wojnie w Gdańsku założyła teatr „Łątek“, dziś teatr „Miniatura“.

WM: A jak się potoczyły losy Pana i pańskiej rodziny po wojnie?

KN: Kiedy w 1945 roku transportem uniwersyteckim przyjechaliśmy do Torunia, powstał Uniwersytet Mikołaja Kopernika, a mój ojciec był założycielem Wydziału Sztuk Pięknych. Placówka ta kontynuowała tradycje wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego. Nie było wówczas Akademii Sztuk Pięknych, tylko Wydział Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Stefana Batorego. W Toruniu więc w 1946 roku zdałem maturę i rozpocząłem studia na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. W tymże roku do Torunia z Bydgoszczy został przeniesiony teatr lalek „Baj pomorski”, który zresztą założyła też wilnianka Irena Pikiel. Ona też zaprosiła do grania w nim studentów i tak zaczęliśmy w 1946 roku.

Tak rozpoczął się dla mnie bardziej świadomy kontakt z teatrem lalek, ale traktowaliśmy to wówczas bardziej jako zabawę, jako sposób dorobienia trochę pieniędzy na życie studenckie. Zadebiutowałem w roli Raka-Nieboraka w sztuce o Raku-Nieboraku i Pstrągu-Dziwolągu. Ale była to właściwie przygoda jednorazowa.

Po tym próbowałem zdawać na architekturę, która zresztą do dzisiaj mnie interesuje. Chciałem też pójść do Szkoły Teatralnej, na co mój ojciec, mimo że artysta, miał XIX-wieczny pogląd, więc powiedział: „Do tych komediantów nie pójdziesz”. Nie pozwolił mi, więc pracowałem jeszcze kolejny rok w teatrze „Baj pomorski”, a w 1948 roku została otworzona Wyższa Szkoła Filmowa w Łodzi. Według ojca film – to „nic takiego”, więc zdałem do tej szkoły i studiowałem tam przez dwa lata.

W 1951 roku przyjęto mnie jako aktora, a natępnie asystenta reżysera w warszawskim Teatrze Lalek „Guliwer”, gdzie pracowałem do roku 1954. A w 1954 roku dyrekcja teatru w porozumieniu z Ministerstwem Kultury wysłała mnie na czteroletnie studia lalkarskie do Pragi, ponieważ w Polsce brakowało wówczas dyplomowanych reżyserów lalek. Obecnie Wydział lalkarski, który kształci aktorów i reżyserów teatru lalek, znajduje się w Białymstoku.

Po ukończeniu studiów w 1958 roku otrzymałem dyplom Wydziału Reżyserii Teatru Lalek i Dramaturgii Lalkowej. Po powrocie z Pragi zatrudniłem się w Teatrze Lalek i Aktora „Baj” w Warszawie, a pierwszym wyreżyserowanym przeze mnie spektaklem była sztuka „Nowe szaty króla”.

WM: Jak bardzo różni się widz dzisiejszy od widza z tamtych czasów?

KN: Widz, który przychodził do teatru tuż po wojnie, nie miał telewizji. Właściwie nawet nastolatki przychodziły do nas. Wraz z filmami oraz powstaniem telewizji to się zaczęło zmieniać. W tej chwili raczej przychodzą do nas dzieci przedszkolne i uczniowie młodszych klas – pierwszej, drugiej, trzeciej.

WM: Proszę opowiedzieć o teatrze, którego jest Pan dyrektorem i kierownikiem artystycznym.

Jestem najstarszym w Polsce dyrektorem i kierownikiem artystycznym zawodowego teatru lalkowego. Najdłużej zajmuję to stanowisko w całej historii naszego systemu teatralnego. Kieruję teatrem „Baj” od 1973 roku, a pracuję w teatrze od 1946 roku.

Teatr „Baj” został założony w 1928 roku dzięki społecznej inteligencji „Robotnicze towarzystwo przyjaciół dzieci”. Na początku nie było żadnych etatów, teatr nie miał też swojego pomieszczenia. W 1939 roku miasto podpisało umowę, która finansowo zezwoliła na zagranie w ciągu roku 150 spektakli dla dzieci. W tamtych czasach 150 spektakli w ciągu sezonu to było bardzo dużo!

W 1945 roku aktorzy, którzy przetrwali wojnę, znowu zebrali się w trupie i wznowili działalność. W 1954 roku warszawski Teatr „Baj” otrzymał pomieszczenia po byłym żydowskim teatrze przy ulicy Jagiellońskiej, a obok znajduje się Dworzec Wileński oraz Bazar Wileński. W tym samu roku „Baj” otrzymał status państwowego teatru.

W 1990 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki postanowiło przekazać większość teatrów dla władz lokalnych, więc od 1992 roku teatr jest municypalny. Obecnie finansowanie dla teatrów przeznaczane jest przez prezydentów miast. W tej chwili Warszawa liczy wiele teatrów. Trzy z nich lalkowe – w tym Teatr „Baj” – to teatry municypalne.

Od początku orientowaliśmy się na widza dziecęciego. Właśnie tu sformował się repertuar polskiego teatru lalek. Do 1939 roku autorzy pisali sztuki specjalnie dla teatru „Baj”. Przed wojną Teatr „Baj” nie tylko tworzył spektakle, ale także organizował kursy dla nauczycieli oraz wszystkich interesujących się teatrem lalek.

WM: Czy i jak „Baj” funkcjonował w czasie wojny?

KN: W czasie wojny teatr półlegalnie pokazywał przedstawienia klasycznych baśni. Spektakle dla dzieci były organizowane przez organizacje społeczne. Podczas wojny do teatru Getta Warszawskiego wniesiono lalki, w getcie były przygotowane dwa różne spektakle i potajemnie odgrywano je dla więzionych tam dzieci.

Jeden z najbardziej znanych badaczy naszego teatru Henryk Jurkowski właśnie w Teatrze „Baj” zobaczył pierwsze w swoim życiu przedstawienie lalkowe. Zainspirowany naszym teatrem Henryk Jurkowski wydał książkę „W kręgu warszawskiego „Baja”.

WM: Czym więc „Baj” różni się od pozostałych teatrów?

KN: Teraz w większości przedstawień teatrów lalkowych lalki nie dominują. Zawsze rozważam, czego rzeczywiście wymaga utwór – tylko lalki, czy też aktora, grającego z lalką czy obok niej. Ale Teatr „Baj” założony jako teatru dla dzieci! W Polsce istnieje dziś 26 lalkowych teatrów municypalnych! W repertuarze naszego teatru są różne przedstawienia, nie tylko lalkowe.

Jednak o wszystkim decyduje sztuka: czy jest potrzeba, by aktor był obok lalki? Moim zdaniem, małe dzieci nie lubią aktorów – jest on dla nich zbyt duży, nawet niebezpieczny. Jesteśmy dumni, że możemy rodzicom powiedzieć, że w naszym teatrze dzieci nie boją się i nie płaczą.

Inna sytuacja składa się, kiedy w mieście, w którym jest teatr lalek, nie ma teatru dramatycznego. W Warszawie jest kilkanaście teatrów municypalnych, które specjalizują się według granego repertuaru. Oprócz lalkowego teatru „Baj” są jeszcze dwa municypalne teatry lalkowe – „Lalka” oraz „Guliwer”. „Baj” w ciągu sezonu gra 12 przedstawień. Repertuar jest tworzony tak, by odpowiadał interesom różnych grup wiekowych i publiczność mogłaby wybierać. Jednak najbardziej nas lubi mały widz.

“Kurier Wileński”, 3.11.2007

Rozmowa z Jackiem Łumińskim, dyrektorem Śląskiego Teatru Tańca

Jacek Łumiński: „Młodzi Polacy na Litwie na pewno chcą mieć poczucie dumy z własnej narodowości, ale nie chcą zamykać się w polskim getcie”

JŁ: Z Litwą związały mnie najpierw kontakty zawodowe. Potem uzależniłem się od niezwykłych pejzaży, fascynującej historii, kultury i ludzi – tych trochę zagubionych, przepełnionych wątpliwościami, jak też tych, którzy nie dostrzegają wartości drzemiących w starej tradycji oraz tych dumnych, silnych, otulonych świetlistą aurą dającą im poczucie wartości i siły.

Podczas pierwszej wizyty w Wilnie w 1996 roku na festiwalu „New Baltic Dance” , gdzie wraz ze Śląskim Teatrem Tańca mieliśmy swoją litewską premierę, poznałem bardzo dużo ludzi, z wieloma zaprzyjaźniłem się na dobre i na złe.

Wracałem do Wilna niemal co roku. Tancerze, choreografowie, wykładowcy z Litwy zaczęli przyjeżdżać też do nas na Międzynarodową Konferencję Tańca Współczesnego i Festiwal Sztuki Tanecznej w Bytomiu. Później do zawodowych artystów dołączyli studenci z Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru.

W Wilnie zakochałem się od dawna. Bardzo mi się tu podoba. Kiedyś nawet obiecałem sobie, że kupię mieszkanie w Wilnie i pewnie tak będzie. Chętnie przeprowadzę się do Wilna!

WM: A jak dziś możemy określić sytuację tańca współczesnego na Litwie?

JŁ: Litewski taniec współczesny jest bardzo teatralny. Więcej jest w nim czystego teatru, niż tańca, ale niezależnie od tego jest kilka osób, które mają znakomite oryginalne pomysły. Ciekawe rzeczy robią, na przykład Aira Naginevičiūtė oraz Birutė Letukaitė, których gościliśmy na Festiwalu w Bytomiu. Ich spektakle są litewskie i tym unikalne.

WM: Taniec współczesny jest jednak zbyt mało znany szerszej publiczności, w tym polskiej na Litwie. Odnosi się wrażenie, że jest to bardzo elitarny kierunek sztuki.

JŁ: Taniec współczesny nie jest elitarny. Elitarny jest natomiast balet, gdyż balet był stworzony dla klas wyższych, rządzących i był promowany przez cara. Wówczas miał bardzo wysoką pozycję. Za czasów komunistycznych balet został przejęty przez władze komunistyczne  jako element propagandy siły i wielkości narodu. Jedak balet nigdy nie trafiał do zwykłych ludzi, a jeżeli trafiał, to z czystego snobizmu, o ile był kierowany do prostych ludzi.

Natomiast taniec współczesny pojawił się z klasy robotniczej. Oczywiście, nie z klasy robotniczej Związku Radzieckiego, tylko Stanów Zjednoczonych. Przy tym określona koncepcja elitarności Stanów Zjednoczonych przekłada się też na grunt tańca współczesnego. Jest to taki środek, który był kierowany do tamtej klasy pracującej i utrzymywany był przez klasę pracującą – związki zawodowe, partie polityczne czy też domy kultury.

WM: Dzięki Śląskiemu Teatrowi Tańca Polacy mogą z dumą dziś mówić o polskiej szkole tańca współczesnego. Na czym polega jej specyfika?

JŁ: Wynika ona z połączenia międzynarodowych trendów z polskimi tradycjami – zarówno w muzyce, jak i teatrze, z polskimi tańcami i zwyczajami ludowymi.

WM: Kulturowe powiązania Polski i Litwy są unikatowe w kontekście historii kultury Europy. Czy w dobie globalizacji przenikanie się tych naszych kultur może stanowić dziś wartość?

JŁ: Wydaje mi się, że w ogóle każdy kraj Europy Środkowo-Wschodniej ma pewne punkty styczne, wspólne cechy, które wynikają z długowiecznych powiązań oraz wielonarodowości, która była przecież bardzo chatakterystyczna dla naszej części świata.

Cecha wielonarodowościowych związków nie istniała natomiast nigdy na Zachodzie. Z kolei w naszej części Europy mamy mnóstwo narodowości żyjących ze sobą, co stwarza unikatowy schemat kulturowy, który w tych miejscach wszędzie jest podobny. 

Podobnie jest z Litwą. W wielu wypadkach Polska i Litwa są traktowane jako jeden kraj, dlatego że przez wiele stuleci był to jeden organizm państwowy. Wydaje mi się, że przenikanie się naszych kultur jest najbardziej wartościowe – bez względu na politykę czy jakieś siły zewnętrzne. Ludzie czują dziś więź na zupełnie innym poziomie.

WM: Czy środowiska polonijne są w stanie stworzyć i zaprezentować na płaszczyźnie sztuki coś, co by było ciekawe i wartościowe nie tylko dla utrzymania tożsamości narodowej, lecz także w skali międzynarodowej?

JŁ: Myślę, że w dużej mierze zależy to od celów, jakie prześladują polskie środowiska na świecie. Czasami celem jest utrzymanie kulturowych związków z Polską poprzez kultywowanie sztuki ludowej – takiej troszeczkę muzealnej.

Natomiast są też takie środowiska, które rozszerzają pole działania – chcą tworzyć coś bardziej współczesnego, na bazie sztuki współczesnej.

Jeżeli tak jest, to na pewno mogą zaproponować światu coś takiego, co będzie ciekawe w kontekście międzynarodowym, nie tylko lokalnym i nie tylko do utrzymywania więzi z Macierzą.

Z mojego punktu widzenia często jest tak, że nie wszyscy garną się do tańca ludowego czy muzyki ludowej. Rozszerzenie propozycji utrzymania więzi czy rozwijania kultury narodowej poprzez sztukę współczesną jest o wiele mocniejsze, ponieważ trafia do większej ilości osób. […]

Z kolei wybieranie czegóś tylko i wyłącznie z powodów narodowościowych, moim zdaniem, jest niezdrowe. Jeżeli dzieło sztuki posiada wartość artystyczną, to bez względu na animozje pomiędzy poszczególnymi narodami, wzbogacamy przecież siebie, uczymy się wzbogacać swoją własną kulturę. […]

Nie ma takiej kultury, która jest lepsza od innej, bo w każdej kulturze znajduje się coś, co jest wspaniałe i coś, co jest nie do zaakceptowania. Poprzez kontakty międzykulturowe należy to, co najlepsze absorbować, a to co jest niedobre odrzcucać. I niwelować w swojej własnej kulturze pewne niedobory, bo one istnieją.

WM: Czy wobec tego poczynania artystyczne Polaków na Litwie mają szanse, by rzeczywiście zaistnieć na światową skalę?

JŁ: Myślę, że szanse są, tylko musi być wymiana kulturowa, a nie kwaszony ogórek, zamknięty w słoiku. Zmieszanie polskości i litewskości i tworzenie na tym gruncie czegoś współczesnego może mieć ogromne wartości międzynarodowe.  Kultura polska na Litwie zawsze będzie inna – tak jak inna jest na Śląsku, w Wielkopolsce czy Małopolsce. W dobie globalizacji wiele kultur i cech miesza się.

Globalizacja jednak wzmacnia kultury regionalne poprzez to, że uświadamiasz sobie wartości swojej własnej kultury i w ten sposób nie odrzucając tego, co jest na zewnątrz, tylko wzmacniasz własne poczucie wartości. To jest typowe dla wielu kultur na świecie. Z mojego punktu widzenia, to, co się dzieje w tej chwili w Europie i na świecie jest pozytywne i należy z tego skorzystać.

Dlatego uważam, że trzeba budować mocniejsze związki z sąsiadami, jednocześnie nie zapominając, kim się jest. W dobie powszechnej unifikacji i globalizacji myślę, że młodzi Polacy na Litwie na pewno chcą mieć poczucie dumy z własnej narodowości, ale nie chcą zamykać się w polskim getcie. Jak to zrobić? Muszą znaleźć sobie drogę sami.

„Kurier Wileński”, 22.01.2007