Archive for the 'Litwa' Category

Międzynarodowy festiwal zawitał do Wilna

 

untitled-6Magazyn Wileński, 11/2005

 

Reklamy

Wywiad z Marylą Rodowicz

Tadeusz Drozda: „Kabaret jeszcze żyje!”

WM: Proszę okiem eskperta określić, jakie poczucie humoru mają Polacy?

TD: Myślę, że Polacy ogólnie nie mają zbyt wysublimowanego poczucia humoru. Tak jak ze wszystkim – Polacy są gdzieś w środku. Z poczuciem humoru jest tak samo. Oczywiście, Polacy mają manię wielkości i większość Polaków uważa, że nasz naród jest wybranym narodem. Strasznie o sobie mamy dobre mniemanie, ale myślę, że znajdujemy się w dobrej średniej światowej i poza ten środek nie ma co wyskakiwać.

Poza tym Polacy lubią śmiać się z innych, natomiast obrażają się, jak się mówi dowcip o nich samych. Oczywiście, jeśli mówi się dowcip o Polakach w Polsce – to jeszcze pół biedy. Natomiast jak cudzoziemcy zaczynają żartować z Polaków, to Polak nabiera powietrza, jest wkurzony, że niby jak ktoś może dostrzegać nasze wady narodowe. Na przykład, słynne dowcipy o kratoflach na temat pana prezydenta i pana premiera w Niemczech. Nie są to jakieś wybitne żarty, ale nie jest to też jakieś strasznie obraźliwe. Widać po reakcji naszych władz, jak oni są uczuleni. Jakiś idiota napisze głupi dowcip w gazecie, a my od razu występujemy z notą dyplomatyczną, obrażamy się, podczas gdy inni to w ogóle odpuszczają.

Gdyby Andrzej Lepper miał reagować na wszystkie dowcipy, które na jego temat się pojawiają, to musiałby nic nie robić, tylko na te publikacje odpowiadać. W końcu ludzie lubią się pośmiać. Dowcip bywa wysublimowany, ale bywa też chamski – tak jak wszystko. Polacy są nazbyt poważni w stosunku do dowcipu, jest on dla Polaka czymś znaczącym.

WM: Co człowiekowi daje poczucie humoru?

TD: Poczucie humoru – to patrzenie na siebie i na świat na luzie. Jak człowiek jest potwornie zakompleksiony, to nie ma poczucia humoru. Tylko ludzie bez kompleksów mają poczucie humoru, bo wiedzą, że pewne fakty można tak zestawić, że buduje to jakiś żart i jest śmieszne. Natomiast tacy jak Hitler i Stalin, czy paru innych nie mieli poczucia humoru albo mieli specyficzne poczucie humoru. Im bardziej odchodzimy od poczucia humoru, tym bardziej idziemy w kierunku zamordyzmu. Ludzie z poczuciem humoru – to są ludzie wielcy. Żaden wieli człowiek światowy nie obrażał się na jakieś tam żarty, mało tego – sam je wymyślał.

WM: Jak buduje Pan żart? Co Pana inspiruje?

TD: Oczywiście, życie. Niestety, tacy faceci jak ja, jesteśmy dinozaurami polskiego kabaretu, polskiej estrady, ponieważ reagujemy na rzeczywistość nas otaczającą. Natomiast moi młodzi koledzy raczej wymyślają abstrakcyjne sytuacje, których właściwie nie ma. Dla mnie trudnym by było wymyślić dowcip, monolog czy tekst kabaretowy niezwiązany z życiem. Natomiast widzę, że młodzi ludzie odwrotnie – nie majł talentu, żeby obserwować co się dzieje i to komentować, tylko stwarzają własną rzeczywistość i bawią się w swoim świecie.

W dzisiejszym polskim kabarecie raczej nie ma obecności polskiego dowcipu politycznego czy obyczajowego. Polityka jest jaka jest, ale młodzi w ogóle nie zauważają tego, co się dzieje dookoła. Myślę, że w polskim kabarecie przyszły inne czasy.

WM: Rosjanie, na przykład, w zasadzie nie mają tak wysoko rozwiniętej kultury kabaretu jak Polacy…

TD: Ale dziś kabaret w Polsce właściwie nie jest potrzebny. Na scenie żartuję, że osiągnęliśmy ideał i Polska ma taki system, że kabaret stał się zbędny, bo wszystko jest idealne – nie ma z czego żartować. Mamy najmądrzejszych ludzi rządzących, jest tak dobrze, że kabaret w ogóle nie jest potrzebny. Ale to jest prawda, ponieważ oprócz mnie i jeszcze kilku „zboczeńców” nie ma ludzi, którzy komentują to, co się dzieje dookoła. […]

WM: Jest Pan również znakomitym felietonistą. Czy myśli Pan o wydaniu książki?

TD: Przez długi czas pisałem w wielu gazetach felietony. Jestem jednak tak leniwy, że ktoś musi mnie zmusić do roboty. Jestem ciągle w trakcie pisania sztuki teatralnej, już napisałem właściwie połowę, ale uważam, że trzeba ją pisać od nowa. Uważam, że dla literata, dla pisarza bardzo ważne, by ciągle go coś zmuszało do cotygodniowego napisania nowego tekstu. Lenistwo powinno być karane.

WM: Jaki jest dzisiejszy Polak? Jak by Pan określił go z dystansu satyryka?

TD: Polak – to nic nadzwyczajnego, mimo że każdy Polak uważa, że jest czymś nadzwyczajnym. Polak uważa, że jest lepszy od Niemca, od Rosjanina – na pewno. Jeśli chodzi o relacje Polak – Litwin, to takiej relacji raczej w ogóle nie ma, bo w Polsce raczej nie zauważamy, że gdzieś tam jest jakaś Litwa. My – to taki wielki kraj, a Litwa – to takie malutkie byle co. Jeżeli już, to porównujemy się z Rosją, Francją, Niemcami – to są nasi partnerzy. Żaden Czech czy Słowak dla Polaka – to nic. Polacy mają poczucie wielkości, że jest się narodem wybranym. Zawsze wśród wielkich tego świata znajdziemy Polaków i z nimi utożsamiamy się.

Przeciętny Polak jest, niestety, niewykształcony, który szkołę skończył dla papierów. Dzisiaj już nie, ale mówię bardziej o moim rówieśniku lub trochę młodszym. Dzisiaj młodzież jest pazerna na wiedzę, a dzisiejszy dwudziestoletni Polak – to zupełnie inny człowiek, niż dwudziestolatek 20 lat temu. Komunizm nauczył łba nie wychylać, tylko nazbierać papierów, gdieś się urządzić, trochę ukraść itd., więc napewno Polak bardzo się zmienił.

Smutne jest to, że dzisiejszy Polak, ktąry ma wykształcenie, ambicje, który zna języki, nie znajduje miejsca w Polsce. Dzisiejsza Polska tak jak sto lat temu jest źródłem siły roboczej dla świata. Ludzie wyjeżdżają. Jak się pójdzie do restauracji gdzieś w Dublinie, to można mówić po polsku, bo szef czy właściciel jest Polakiem i obsłużą nas po polsku. Wsiadasz do taksówki w Londynie i od razu mów po polsku. Wolałbym jednak, żeby Polakom, których Polska wykształciła, do głowy nie przychodziło wyjeżdżać.

Co innego – Polacy na Litwie. Nie ma Polonii, bo to Polska stąd wyjechała, a Polacy zostali. Oczywiście, nie jest to wina ani Polski, ani Litwy. Ale kocham tu przyjeżdżać. W Polsce jesteśmy zachwyceni Zachodem, włazimy do pewnej części ciała temu Zachodowi, nie mając pojęcia o własnej wartości, znakomitej kulturze, historii – mamy czym się chwalić. W Polsce nie potrafimy nieraz obronić polskości, dlatego bardzo wzrusza mnie tak olbrzymia miłość do polskości mieszkaćów Wilna i Wileńszszyzny. To dla mnie szok. Takiego patriotyzmu w Polsce w ogóle nie widzi się. 

WM: Czego może spodziewać się publiczność, z którą dzisiaj Pan się spotyka?

TD: Występuję z programem „Kabaret jeszcze żyje”. Dzisiejsze kabarety raczej nie komentują tego, co się dzieje, a ja jestem ostatni na liście, który stara się mówić o tym, co jest. Mówię i niestety narażam się. Trudno. Dopóki w Polsce nie jest tak, że zamykają za dowcipy – a nigdy tak nie było, nawet za najgorszej komuny. Oczywiście, niektórzy mieli kłopoty, ja też miałem. Mówiąc krótko, będę się narażał w dalszym ciągu.

„Kurier Wileński”, 19.03.2007

Nie zagubić się w uniwersalizacji

Jolanta Tambor – profesor, doktor nauk humanistycznych, wykładowca na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, założycielka i wicedyrektor Szkoły Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego. Prowadziła badania naukowe nad tożsamością i identyfikacją etniczną, dialektami polskimi, językiem artystycznym, stereotypami etnicznymi i narodowościowymi. Wydała „Fonetykę i fonologię współczesnego języka polskiego” – podręcznik dla studentów filologii polskiej, „Śpiewająco po polsku” – podręcznik dla cudzoziemców z ćwiczeniami na podstawie polskich piosenek, książki i artykuły o dialekcie śląskim. Wykładała m.in. na uniwersytetach w Kanadzie, Niemczech, Włoszech, na Łotwie, Ukrainie, także na wydziałach polonistycznych Uniwersytetu Wileńskiego oraz Uniwersytetu Pedagogicznego.

WM: Od lat jest Pani w sładzie komisji egzaminacyjnej podczas rekrutacji na wyższe studia w Polsce, które organizują Konsulaty RP w miejscach, gdzie mieszka rdzenna polska społeczność. Ma Pani dobry ogląd poziomu polskiej edukacji w różnych krajach, zarówno w Europie Wschodniej, jak i Zachodniej, w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie. Czy to prawda, że maturzyści szkół polskich na Litwie reprezentują nieco niższy poziom przygotowania, niż maturzyści w Polsce?

JT: Myślę, że nie jest to sprawa niższego poziomu, lecz zdecydowanie polega to na czymś innym. Nie można porównywać polskich dzieci, zdających egzaminy w Wilnie, we Lwowie czy czeskim Cieszynie z naszymi maturzystami, którzy przystępują do egzaminów wstępnych na studia. Nawet jeżeli polskie dzieci na Litwie chodzą do polskiej szkoły i realizują program, który ich przygotowuje „jak gdyby” do polskiej matury, to i tak nie jest to porównywalne, ponieważ dzieci żyją tu w innej rzeczywistości, mają zupełnie inną tak zwaną wiedzę ogólną. W porównaniu do żyjących w Polsce maturzystów czy w ogóle do młodzieży, dzieci i młodzież tutaj mają nieco inny ogląd rzeczywistości: czytają inne książki, oglądają inne filmy, o innych rzeczach rozmawiają w domu, na ulicy, z rówieśnikami na podwórku, na przerwie w szkole. Nawet jeżeli dziecko nie interesuje się polityką czy sprawami wyższej kultury, to między rodzicami, nauczycielami, na spotkaniach rodzinnych, a nawet w autobusie słyszy różne rozmowy, z których jakieś nazwiska, tytuły, daty, nazwy, jakaś wiedza wpada do głowy.

Pewne rzeczy utrwalają się obok wiedzy szkolnej. Tutaj dzieci też słyszą te rozmowy, ale to są najczęściej rozmowy o Litwie. Bez względu na to, czy są one prowadzone po polsku, litewsku czy rosyjsku, ludzie żyją jednak tutejszym środowiskiem, tutejszą polityką i sprawami codziennymi, ponieważ są obywatelami tego kraju. Nawet jeżeli są innej narodowości, muszą przecież realizować się tutaj. Więc nie możemy od nich wymagać, przynajmniej z przedmiotów humanistycznych, takiego samego oglądu literatury, teatru, filmu, kultury polskiej, bo dla nich to wszystko jest jednak sprawą wyuczoną, wiedzą nabytą, a nasze dzieci, oprócz tego, że się uczą o kulturze polskiej w szkole, są w to wszystko zanurzone.

WM: Czy możemy porównywać problemy polskiego szkolnictwa na Litwie z problemami Polaków, mieszkających w innych krajach?

JT: Zbyt rzadko tutaj bywam, bym mogła powiedzieć dokładnie, jak to wygląda w Wilnie, natomiast najbliższe jest mi polskie środowisko na terenie tak zwanego Zaolzia – czyli terenów, których centralnym punktem jest Czeski Cieszyn. Nie jest to Polonia, ale mieszkają tam właśnie Polacy, miejscowi Polacy, tak jak na Litwie. Szkoła Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego jest związana z polskim szkolnictwem na terenie Zaolzia, gdzie prowadzi dzałalność całoroczną, wobec czego często tam bywamy w różnych szkołach: podstawowych i średnich, a także w przedszkolach.

Tam osobiście prowadziłam badania, pisałam artykuły na ten temat, bo bardzo interesuje mnie problematyka tożsamości narodowej i etnicznej oraz związku języka z tożsamością. Stąd wiem na pewno, że na terenie Zaolzia w tej chwili radykalnie zmniejsza się liczba dzieci w polskich szkołach i przedszkolach i zmniejsza się też liczba polskich szkół. Obecnie nie ma odpowiedniej liczby osób w klasie, by móc je utrzymywać. W dużej mierze dzieje się tak dlatego, że coraz więcej jest małżeństw polsko-czeskich. Jeszcze 20 lat temu małżeństwa mieszane na Zaolziu były rzadkością, potem było ich coraz więcej. Dzisiaj coraz częściej jest tak, że rodzice wysyłają dzieci do czeskich szkół, niezależnie od tego, który z rodziców jest Polakiem. Twierdzą, że dzieci mają wówczas lepszy start życiowy. Skoro są obywatelami Republiki Czeskiej, to zdecydowanie jest im potem łatwiej w życiu. Coraz częściej uważają, że lepiej jest uczyć się w szkole czeskiej i całą wiedzę potrzebną do życia dorosłego zdobyć w czeskich szkołach, a dodatkowo uczyć się polskiego w obszarach kulturowo-cywilitacyjnych dla podtrzymania tożsamości i identyfikacji.

I to nie jest tak, że oni wyrzekają się polskości. Odrodzenie narodowościowe jest tam bardzo silne. W ogóle na Śląsku Cieszyńskim, zarówno polskim, jak i czeskim, robi się sporo, by utrzymać i pielęgnować tożsamość. Twierdzi się, że człowiek, który wyzbywa się swoich korzeni jest w dzisiejszym świecie w ogromnej rozterce, nie potrafi proadzić sobie z otaczającym światem. Odrzucenie dziedzictwa padziadów, dziadów, ojców powoduje pewne zagubienie, bo nie jest się wtedy ani Czechiem, ani Polakiem. Ale dodatkowe kształcenie polskie na tym terenie odbywa się popołudniami, w soboty, w niedzielę, poprzez uczestnictwo w zespołach tanecznych i śpiewaczych, poprzez udział w spektaklach teatralnych, konkursach recytatorskich. Dużo jest też animatorów kultury. Zresztą to tendencja ogólnoświatowa, ponieważ tak naprawdę wszędzie na świecie – we Francji, w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie nabywanie polskości odywa się dodatkowo poza głównym nurtem kształcenia. Nie ma potrzeby, aby kształcenie matematyczne, biologiczne, chemiczne koniecznie odbywało się w języku polskim, a nie w języku kraju, którego jest się obywatelem.

Tendencja taka widoczna jest również w Polsce, i to zupełnie nie przeczy postawom patriotycznym. Dziś w Polsce coaz częściej otwieramy francusko, angielskojęzyczne szkoły średnie, coraz chętniej rodzice wysyłają dzieci do takich szkół, żeby „zanurzały się” w obcym języku. Uczelnie polskie wprowadzają programy „Study in English” z przedmiotami po angielsku. W tej chwili przedmioty po angielsku prowadzi się nawet na wydziałach polonistycznych, ale oczywiście w mniejszym zakresie. Uczenie niektórych przedmiotów w języku polskim nie jest już obowiązkowe.

WM: Czyli nie powinniśmy bać się tego, że w polskich szkołach na Litwie na przykład matematyka czy fizyka będą prowadzone po listewsku?

JT: Na pewno trzeba bardzo uważać, żeby się nie przekręciło w drugą stronę. Tym bardziej w takich miejscach jak tutaj, w Wilnie,  gdzie Polaków jest tak dużo. Trzeba uważać, żeby nie zagubić się w uniwersalizacji czy państwowej unifikacji, w upraszczaniu i „ułatwianiu” sytuacji językowej obywateli, żeby nie nastąpił całkowity odwrót od języka polskiego jako mniejszościowego i żeby potem nie trzeba było wkładać ogromu pracy w odnowienie, ale osobiście myślę, że matematyka, fizyka, geografia powszczechna, biologia nie muszą być prowadzone w języku polskim.

WM: Wśród polskiej młodzieży na Litwie aktualnie spada zainteresowanie studiami wyższymi w Polsce. Czy jest to powód do niepokoju? Jak widzi Pani całą sytuację za 5-10 lat?

JT: Myślę, ż liczba studentów utrzyma się na może niskim, ale stabilnym poziomie. Bo nie zapominajmy, że mamy niż demograficzny w całej Europie. Poza tym coraz więcej możliwości daje Unia Europejska. W tej chwili jest tak dużo możliwości wyjazdów zagranicznych w trakcie studiów, w ramach programów Socrates, Erasmus, Leonardo, Mundus i wszelkich innych, że dzisiaj nie ma już potrzeby decydowania się na opuszczenie rodziny, swojego kraju, środowiska na pięć lat, bo można to zrobić na pół roku, na rok, też ostrzymując stypendium. Z tym że jest to stypendium unijne. To wszystko także obniża zainteresowanie wyjazdem na pięcioletnie studia do Polski, ale nie widzę tu powodów do zmartwienia.

WM: Proszę opowiedzieć, jak funkcjonuje Szkoła Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego?

JT: Szkoła jest jednostką, która kształci studentów przez cały rok, ale najintensywniej czyni to podczas wakacji. W ciągu roku języka polskiego uczą się u nas przede wszystkim zagraniczni studenci uniwersytetu, przyjeżdżający w ramach Erasmusa, CEEPUSA, umów bilateralnych, ale nie tylko. Na kursy zapisują się biznesmeni, którzy działają na Śląsku w firmach z kapitałem zagranicznym, dyplomaci, przedstawiciele Unii Europejskiej, cudzoziemskie żony Polaków i cudzoziemscy mężowie Polek. W czasie wakacji na cały sierpień przyjeżdżają do naszej letniej szkoły do Cieszyna (gdzie Uniwersytet Śląski ma filię) studenci i kursanci z całego świata. Jest ich co roku około 150 z wszystkich 5 kontynentów.

Oferujemy kilkadziesiąt godzin nauki języka polskiego na lektoratach, ale także seminaria o kulturze polskiej (literatura, film, teatr, obyczaje, historia), udział w koncertach na żywo, spektaklach teatralnych, pokazach filmowych, spotkaniach ze znanymi Polakami. Naszymi goścmi byli Czesław Miłosz, Stanisław Barańczak, Norman Davies, Andrzej Wajda, Krzysztof Zanusii, Kazimierz Kutz, Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki i wiele innych znakomitości polskiego życia publicznego. Co roku gościł nas w swoim domu Stanisław Lem. Intensywność takiej wakacyjnej nauki popłaca. Jestem o tym przekonana.

WM: Jak ocenia Pani studentów naszych wydziałów polonistycznych?

JT: Specyfiką Waszych polonistów jest to, że są bardzo dobrze przygotowani. To samo mogę powiedzieć i o polonistach z Ukrainy. I to niezależnie od tego, czy są polskiego pochodzenia, czy też Litwinami czy Ukraińcami. Sąsiedzi zazwyczaj nie lubią się. Belgowie nie lubią Holendrów, a Holendrzy Belgów, Francuzi Anglików, Ślązacy nie-Ślązaków itd. Pewne animozje między Litwinami i Polakami zawsze występują, tym bardziej że mieliśmy dużo wspólnych elementów historii, która przez obydwie strony czasami różnie jest postrzegana. Poza tym, nie zawsze jesteśmy skłonni wszystko wybaczać.

Różni ludzie mają różne podejście do wielu kwestii, różnie interpretują te stosunki. Ale myślę, że z takich bliskich terenów, gdzie mamy tyle wspólnych elementów historii, jeżeli ktoś rzeczywiście interesuje się historią, kulturą tego drugiego kraju, to interesuje się bardzo dogłębnie. Dlatego osoby przyjeżdżające z Litwy są bardzo dobrze przygotowane i bardzo chętne do nauki, do chłonięcia tego wszystkiego, co w Polsce mogą znaleźć.

Nie da się ukryć, że Polska ma „większą” kulturę. Jest większym krajem, literaturę ma większą, więcej osiągnięć ma polski teatr, w kinie mamy rownież nazwiska ogólnoświatowe. Stanisław Lem, Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski – to nazwiska Polaków znane na całym świecie. Więc jeżeli się człowiek tym zainteresuje, to jak najwięcej i jak najgłębiej chce poznać.

WM: Pani wypowiedzi o Litwie cechuje ciepło, zazwyczaj charakterystyczne dla Polaków, którzy przyjeżdżają do Wilna, bo mają tu korzenie. Natomiast Pani jest  Ślązaczką. Skąd te ogromne zamiłowanie do Wilna?

JT: Wilno jest piękne. Litwa jest piękna. Piękno to dla mnie jako dla polonistki tkwi w dużej mierze w polskich śladach w Waszym kraju. Wzruszający jest dla mnie każdorazowo spacer do Ostrej Bramy, dotykanie tablicy Gustawa-Konrada w klasztorze oo. Bazylianów, poszukiwanie kolejnych tablic Mickiewiczowskich – tu mieszkał…, tu napisał „Grażynę”, stód wyjechał… W ubiegłym toku przeżyłam nadzwyczajne chwile w Szetejnach, gdzie zbierałam kasztany w miejscu, gdzie jako dziecko biegał Czesław Miłosz. Polonista nie może się nie wzruszać się fotografując takie miejsca.

Ale podoba mi się też niezmiernie Litwa litewska: cudne plaże w Połądze, piękna starówka w Kłajpedzie, urocze zakamarki Starówki w Kownie, rewelacyjny zamek w Trokach, prepyszne kibini, no i wspaniałe piwo: „Švyturis” to moje odkrycie, takiego piwa nie ma w innych miejscach. Ale najważniejsze, że spotkałam tu ludzi, z którymi połóczyła mnie przyjaźń na całe życie. Nie wszyscy moi przyjaciele z Litwy mają polskie pochodzenie, ale wszyscy mają serce na dłoni.

„Kurier Wileński”, 22.04.2006

Być Polakiem na Litwie

Maciej Mieczkowski – ur. w 1980 r. Wilnie, jest absolwentem Polskiej Szkoły Średniej im. Jana Pawła II w Wilnie. W 2004 r. ukończył studia magisterskie na Wydziale Stosunków Międzynarodowych i Politologicznych na Uniwersytecie Łódzkim. Działał w Studenckiej Międzyuczelnianej Organizacji Kresowiaków, odbył staż w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, którego pokłosiem był cykl artykułów wyróżniony Nagrodą Młodych im. Witolda Hulewicza (2003).

Pracuje w wileńskiej Polskiej Galerii Artystycznej „Znad Wilii”, publikuje w kwartalniku o tym samym tytule. Debiut książkowy autora – „Być Polakiem na Litwie” – jest publicystyczną wersją jego pracy magisterskiej pt. „Polska mniejszość narodowa w polityce i świadomości Litwinów”.

WM: Proszę przedstawić Czytelnikowi, o czym właściwie jest Pańska książka?

MM: Podstawowymi zagadnieniami, omawianymi w książce, są wzajemne kontakty Polaków i Litwinów na Litwie, próba naprawy stosunków między nimi i zmiany myślenia poszczególnych, mniej wykształconych grup społeczeństwa.  Inaczej mówiąc, zmiana mentalności i próba budowy stosunków między obu krajami, z uwzględnieniem mniejszości polskiej na Litwie i litewskiej w Polsce.

Uważam, że w uregulowaniu i wyzbyciu się litewsko-polskich stereotypów pomocna jest znajomość i ocena historii Litwy w ostatnim dziesięcioleciu. Można by przypuszczać, że dzisiaj, po tylu latach wdrażania gospodarki rynkowej, pojawiły się nowe problemy, a stary poszły w niepamięć. Niestety, praktyka bywa nieco inna, jeszcze dziś odżywają demony przeszłości. Widać to na podstawie przykładów z prasy i mediów, jak też opracowań poświęconych temu zagadnieniu.

WM: Niezwykłą wartość stanowi tu jednak wgląd naukowy.

MM: Tak, opierałem się w tej pracy na opracowaniach znanych historyków, takich jak Piotr Łossowski, Henryk Wisner czy Krzysztof Szczepanik. Uwzględniłem oczywiście również opinie takich polityków, jak Vytautas Landsbergis, Valdas Adamkus, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, wielu innych. Rdzeniem tej pracy jest dialog publicystyczny autorytetów z Litwy i Polski na temat Polaków litewskich. Nie omieszkałem przytoczyć też wypowiedzi lokalnych działaczy polskich.

WM: W swojej książce nie omieszkał Pan również przypomnieć błędne posunięcia wileńskich działaczy i wspomnieć o wynikających z tego konsekwencjach.

Chodziło tu o wstrzymanie się od głosu przedstawicieli Polaków w sprawie Aktu Niepodległości Litwy w parlamencie (wtedy de facto oznaczało to sprzeciw) oraz próby utworzenia autonomii terytorialnej z obszarów Wileńszczyzny.

WM: Jakie kwestie, Pana zdaniem, są dziś najbardziej aktualne dla młodego pokolenia litewskich Polaków?

MM: Jak zdobyć dobrą pracę, niemałe wynagrodzenie, w jakim języku wychować swoje dzieci – żartuję. Wszystkie te sprawy są jak najbardziej ludzkie, to jest normalne. Wiadomo – nie każdy chce do końca życia „walczyć” o nasze polskie sprawyi nie każdy musi. Chodzi o to, żeby ci, którzy poczuwają się do tego silni, godnie, rzetelnie i profesjonalnie nas reprezentowali. Pomimo wielkiej pracy, która zostzała już zrobiona w ciągu 16 lat niepodległości, pomimo chęci – nie do końca nasza mniejszość jest profesjonalna. A przecież Litwa kształci świetnych specjalistów, z Polski wracają ludzie po dobrych studiach.

Ludzie ci jednak nie zawsze znajdują jakieś godne siebie zajęcie w strukturach polskich. Chodzi mi tutaj o mechanizmy pozyskiwania tych fachowców, żeby pracowali na rzecz mniejszości. Można owszem, zarzucić mi, że nie rozumiem warunków gry rynkowej, ale mnie się wydaje, że w takim wypadku studia w Polsce mało dają ludziom, których Polska wykształciła na specjalistów z zamiarem podnoszenia poziomu kultury w swoich krajach.

Doleję jeszcze oliwy do ognia – nie można nie zauważyć sprawy, że Litwinom kultura polska, w porównaniu z innymi światowymi – nie jest atrakcyjna. Wobec tego, żeby stanowić jakąkolwiek siłę, bądź zwyczajnie nie marnować potencjłu intelektualnego, trzeba się jakoś grupować, zakładać instytucje, tworzyć nowe mechanizmy, żeby Polak na Litwie był Polakiem – mniejszością wykształconą, majętną, ale lojalnym wobec Litwy. Inaczej czeka nas chaos, rozproszenie i w dalszej perspektywie zanik. I pewnie  najbardziej w młodej kadrze widziałbym nadzieję na poprawę naszej kondycji.

WM: Jak by ocenił Pan kulturalną kondycję społeczności polskiej na Litwie?

MM:   Pomimo tego, że udało się Polakom na Litwie wytworzyć dość szeroki „zakres swobód”, to jednak, moim zdaniem, brakuje nam wśród Polaków litewskich ludzi z warstw inteligencji. Nie mówię, że jej nie ma, bądź że nie kształci się młoda inteligencja, chodzi mi bardziej o to, że jest niewidzialna. Brakuje jej aktywności.

Zjawiskiem, które obserwuję już od ukończenia studiów, jest również to, że Polacy na Litwie, a prznyajmniej w Wilnie, jak gdyby „siedzą cicho”, często muszą unikać polskiego języka, np. w pracy, urzędach czy w kontaktach koleżeńskich. Chociaż to ujęcie problemeu słowem „muszą” nie całkiem jest adekwatne. Może tu chodzi bardziej o to, że nie chcą rozmawiać po polsku (oczywiście między sobą) a nieraz świadomie unikają języka polskiego. […]

Dlaczego nieraz unikamy polskiego? Odpowiedzi jest wiele. I myślę, że każdy sobie doskonale to wyjaśni. Ja natomiast chciałem zasygnalizować, że wobec całej normalności zaistniałej sytuacji, bo mieszkamy w Państwie Litewskim, mnie się to bynajmniej normalnym nie wydaje. Więc jeśli pyta Pan o kondycję kultury mniejszości polskiej, to chyba trzeba stwierdzić, że coś tu jest nie tak.

WM: Co mianowicie ma Pan na myśli?

MM:  W naszym kraju zachodzi szereg wszelakich najdziwniejszych procesów, których nie sposób nie zauważyć. Nie chcę tutaj wymieniać wszystkich, aletak mi się wydaje, że zmierzając ku normalności – normalnym się staje, że Polak na Litwie powoli transformuje się w stronę obywatela konformistycznego. Oczywiście, można to wytłumaczyć tym, że żyjemy na Litwie, a na Litwie mieszkają Litwini. Ale nie zapominajmy również, że żyjemy tu od wieków, że mamy obywatelstwo litewskie, że jako obywatele, którzy de facto są mniejszością, mamy takie same prawa jak i Litwini. A Litwini powinni nas zauważać, na przykład, w procesie zwrotu ziemi, w szkolnictwie i innych palących problemach.

WM: Galeria „Znad Wilii” jest jednym z najjaskrawszych ogniw polskości na mapie Wilna, a jednocześnie jest znakomitym przykładem konstruktywnej współpracy polsko-litewskiej.

MM: Galeria „Znad Wilii” czynnie zabiega o dobre stosunki polsko-litewskie – jest również insystucją prywatną. Sama musi wypracować sobie środki na istnienie w warunkach kapitalistycznych, a co się za tym wiąże – stara się wszystko, co robi, robić jak najlepiej, żeby później produkt który wypracuje, mówiąc bez obwijania w bawełnę, dobrze sprzedać. A ponieważ obraca się w sferze kultury, ma możliwości uprawiać te stosunki zz ludźmi, którzy najczęściej tam trafiają.

Oprócz sprzedaży dzieł sztuki, galeria gościła w swych progach wielu wybitnych osobistości światowych, ludzi znaczących zarówno na Litwie, jak i w Polsce. […] W galerii obok obrazów malarzy polskich wiszą obrazy Litwinów, Rosjan, Białorusinów, Żydów. Często dochodzi tu do dyskusji, odbywa się to w atmosferze pozytywnej – ludzie z Polski i Litwy konfrontują swoje poglądy. Polacy widzą, że poziom sztuki jest profesjonalny, a jeśli to słaby przykład, to mogę powiedzieć, że często gościmy również turystów z innych europejskich państw. Często słyszymy, że nasza sztuka jest na wysokim poziomie. A to cieszy niezmiernie i pokazuje, że tam, gdzie dialog polityczny zawodzi, można to robić poprzez kulturę.

WM: Jak Pan ocenia dzisiejsze stosunki polsko-litewskie?

MM: Dziś stosunki polsko-litewskie są dobre jak nigdy wcześniej, przynajmniej od stu lat. To powinno cieszyć rządy w Warszawie i w Wilnie. Ale zejdźmy niżej – do realnej mniejszości polskiej na Litwie. Brakuje tym stosunkom wyczulenia na krzywdy mniejszości, brakuje, pomimo deklaracji, chęci zrozumienia problemów. Okazuje się, że w żaden sposób nie można przyśpieszyć zwrotu ziemi. A ja – lojalny obywatel Litwy – nie mogę tak jak mój kolega Litwin odzyskać ojcowizny.

Naszą mniejszość stanowią ludzie – mieszkający tu, dziś i teraz. Nie wierzę w to, że nie można tych problemów rozwiązać. Wydaje mi się, że jest jakaś zmowa milczenia, pewna perfidia w tych relacjach w stosunku do mniejszości. […] 

WM: Dlaczego w swoim czasie wybrał Pan studia w Polsce?

MM: Tak się złożyło, że podczas nauki w szkole interesowałem się polityką, kulturą, sztuką. Młodemu człowiekowi Stosunki Międzynarodowe na Uniwersytecie Łódzkim w Polsce wydawały się dosyć interesującym i atrakcyjnym kierunkiem. Okazało się już na studiach, że oprócz polityki mieliśny na przeciągu studiów wiele innych przedmiotów, co siłą rzeczy pozwoliło poszerzyć horyzonty i nauczyć się, że tak powiem, szerszego myślenia.

„Kurier Wileński”, 7.07.2006 

Zagadkowy wazon

Pewnego dnia do redakcji „Magazynu Wileńskiego” przyszedł nasz stały czytelnik. Pan Jan, wilnianin (nazwisko prosił zachować do wiadomości redakcji), robiąc ubiegłego lata generalne porządki w swoim gospodarstwie na Wołokumpiach, wśród licznych nieużytecznych przedmiotów, które się nagromadziły przez dziesięciolecia, natrafił na intrygujący metalowy przedmiot. I chociaż przeleżał tam ponad 20 lat, jakoś  nigdy nie zwracał nań specjalnej uwagi.

Tym razem jednak zaintrygowało go pochodzenie i przeznaczenie owej metalowej konstrukcji. Wydobył ją spośród innych staroci, wyczyścił z piasku i wieloletniego kurzu, przyjrzał się dokładniej. Pan Jan był zdumiony, gdy „odkrył”, iż jest to wazon na kwiaty, zrobiony z… gilzy armatniej. Wazon ozdobiony jest elementem dekoracyjnym – misternie wyciętymi w metalu liśćmi dębowymi. W dolnej części wazonu zachowała się dość czytelna dedykacja:

 Panu Dyrektorowi Szkoły Zawodowej Dokształcającej

Instytut Rzemieślniczy w Wilnie

Absolwenci III roku mech. i elektr.

1936/37

Z tym właśnie „trofeum” pan Jan przyszedł do redakcji. Jak się okazało, stary wazon nie należy do pamiątek rodzinnych naszego czytelnika, a trafił do niego wraz z majątkiem, który przejął po śmierci stryjecznej siostry, w żaden sposób nie związanej z przedwojenną szkołą zawodową, figurującą w napisie dedykacyjnym.

Według słów pana Jana, przed wojną mieściły się na Wołokumpiach domki letniskowe i ogrody zamożniejszego mieszczaństwa oraz inteligencji wileńskiej. Być może właśnie tam mieszkał wspomniany w napisie dyrektor. Dzisiaj ustalenie tego jest raczej trudne. Nie mogliśmy jednak nie zgodzić się z naszym czytelnikiem, że zagadkowy wazon fascynuje oryginalnością pomysłu przekształcenia jednego przedmiotu w inny, misternością wykonania. Gilza jako pierwiastek agresji, destrukcji, wojny – rękami uczniów została zmieniona w symboliczne drzewo: pierwiastek życia, pokoju, stabilności…

Zmierzyliśmy wielkość wazonu: wysokość wynosi 25 cm, a razem z dekoracją z liści w górnej części gilzy – 37 cm. Średnica natomiast mierzy 8,2 cm. A posługując się słownictwem militarnym, można powiedzieć, iż wazon został utworzony z tzw. armatniej „osiemsetdwudziestki”.

Pomimo niewątpliwej wartości artystycznej, przedwojenny wazon z całą pewnością ma także wartość historyczną: eksponat zawiera informację o istnieniu w przedwojennym Wilnie dokształcającej szkoły zawodowej. O wspomnianej w napisie dedykacyjnym uczelni dziś już niewielu może pamiętać, bowiem uczniowie wymienionego Instytutu Rzemieślniczego są w sędziwym wieku, nie mówiąc już o wykładowcach. Dramatyczne lata wojny, okres stalinowski, kolejne fale repatriacji, gdy ludność polska masowo opuszczała Wilno i Wileńszczyznę, powojenna sowietyzacja tych terenów i starania władz radzieckich o zakasowanie lub zniekształcenie historii – wszystko działało w kierunku zatarcia pamięci o wspomnianej szkole, jak też innych przedwojennych wileńskich średnich placówkach oświatowych. Bowiem szkoła zawodowa, o której mowa, była tylko jedną wśród licznych szkół średnich zawodowych i wyższych uczelni w przedwojennym Wilnie, które pokrył kurz zapomnienia.

Zaintrygowany tajemnicą wazonu zdecydowałem, w miarę moich skromnych możliwości, chociaż trochę uchylić rąbka historii z nim związanej. Udałem się do Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego Litwy w Wilnie (CPAH) z nadzieją, iż tam znajdę tę nitkę, która może mnie doprowadzić do przysłowiowego kłębka. Dzięki pracownikom archiwum udało mi się dotrzeć do informacji dotyczących Kresów Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej. I tu odkryłem dla siebie: jakże rozległa była mapa instytucji edukacyjno-wychowawczych w przedwojennym Wilnie i na Wileńszczyźnie! Wśród zasobów archiwalnych CPAH zachowały się akta dotyczące nie tylko znanego w Europie Wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego i Wileńskiego Uniwersytetu Państwowego, lecz rownież dokumenty świadczące o działalności wielu innych, być może dziś już zapomnianych inysytucji edukacyjnych.

Przy okazji chciałbym przypomnieć, że w przedwojennym Wilnie było osiem państwowych gimnazjów polskich: imienia Orzeszkowej, Lelewela, Mickiewicza, Słowackiego, króla Jagiełły, króla Zygmunta Augusta, księcia Adama Czartoryskiego, Tadeusza Czackiego, a także Państwowe Gimnazjum im. św. Kazimierza w Nowej Wilejce. Oprócz tego działały liczne gimnazja prywatne oraz katolickie, m. in. Ferdynanda Welera, Jezuitów, Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, Humanistyczne Gimnazjum Żeńskie i in. Działało także Państwowe Liceum im. Jana i Jędrzeja Śniadeckich, Liceum im. Filomatów, Państwowa Szkoła Techniczna im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, Żydowskie Gimnazjum Humanistyczne, Litewskie Gimnazjum Witolda Wielkiego, Rosyjskie Gimnazjum Z. Bykowej-Łuninej oraz liczne państwowe i prywatne szkoły powszechne oraz dokształcające, seminaria nauczycielskie, licea, kursy, szkoły rosyjskie, żydowskie, białoruskie i litewskie. CPAH Litwy w Wilnie zawiera akta ponad 90 administracji przedwojennych szkół oraz placówek edukacyjnych. I nie ulega wątpliwości, że życie edukacyjne przedwojennego Wilna zasługuje na osobną rozprawę naukową czy obszerniejszą pracę historyczną.

Po godzinach spędzonych w archiwum natrafiłem na akta Państwowej Szkoły Rzemieślniczo-Zawodowej w Nowej Wilejce. Istniała taka szkoła. I oto wśród zachowanych dokumentów dotyczących tej uczelni odkryłem nazwę Prywatna Szkoła Zawodowa Dokształcająca Męska i Żeńska Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie. Z całą pewnością jest to właśnie ta instytucja, z którą związane jest pochodzenie wazonu odnalezionego przez pana Jana. Niestety, nie udało się ustalić w jakich latach funkcjonowała ta szkoła. W archiwum państwowym zachowały się jedynie resztki dokumentów: pięć aktów z lat 1935-1939, wśród nich szkolna Księga Ogłoszeń, Księga Korespondencji, Księga Główna Komitetu Rodzicielskiego oraz liczne podania uczniów – prośby o zwolnienia z opłat, o przyznanie bezpłatnego dożywiania itd. Wśród zżółkłych papierów zachowało się także wydanie warszawskiego dziennika „Monitor Polski” z 22 marca 1938 roku, w którym w ogłoszeniach rejestru stowarzyszeń informuje się, że „Na zasadzie postanowienia Wojewody Wileńskiego z dnia 31 stycznia 1938 roku wciągnięto do rejestru stowarzyszeń i związków Urzędu Wojewódzkiego Wileńskiego stowarzyszenie pod nazwą „Komitet Rodzicielski przy Prywatnej Szkole Zawodowej Dokształcającej Męskiej i Żeńskiej Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie”.

Dalej dziennik publikuje listę założycieli owego stowarzyszenia. Są to: Władysław Szumański, Julian Sochaczewski, Witold Druskont, Bronisław Kukiel, Edward Sienkiewicz, Kazimierz Mazuro, Alojzy Niemiec, Julian Witos, Jakub Sosnowski, Helena Trimfowa, Władysław Słonicz, Franciszek Chrul, Adolf Maksymowicz, Stefan Mass, Władysław Zubonin, Wanda Kulinowska oraz Aleksandra Szkiełojciówna. „Celem komitetu jest niesienie moralnej i materialnej pomocy uczącej się w szkole młodzieży, odżywianie jej i zaopatrywanie w odzież, obuwie, podręczniki szkolne i pomoce naukowe, urządzanie wycieczek i innych rozrywek kulturalnych, czytelni, biblioteki, kolonii letnich, burs oraz sal zajęć”.

Niestety, w dokumentach archiwum nie znalazłem adresu szkoły. Zachował się natomiast protokół egzaminu końcowego z języka polskiego w klasie III „elektrycznej”, odbytego w dniu 7 czerwca 1937 roku. Jest to jedyny dokument, w którym wyraźnie wymienia się nie tylko nazwisko dyrektora, lecz także kilka nazwisk nauczycieli oraz szkolnych władz.

„Komisja Egzaminacyjna w składzie: Helena Wierzbicka jako członek egzaminujący, Teodora Duszyńska jako członek asystujący, Józefa Terajewiczówna jako członek asystujący oraz dyrektor szkoły Leon Krawacki jako przewodniczący.” Protokół informuje, iż w tym dniu do egzaminu przystąpiło 12 uczniów klasy „elektrycznej”: Baniak Ignacy, Janowski Edward, Gajdis Wilhelm, Plawgo Mieczysław, Popławski Henryk, Pieślak Sylwester, Spirydowicz Jerzy, Stapowicz Piotr, Szczawiński Zygmunt, Szydłowski Władysław, Rum Zygmunt oraz Kopiejć Mieczysław.

Wymienione nazwiska bez wątpienia należą do osób, które ofiarowały dyrektorowi własnoręcznie wykonany wazon z okazji zakończenia roku szkolnego. Zatem z całą pewnością wazon należał do pana Leona Krawackiego, dyrektora Szkoły Zawodowej Dokształcającej Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie. Nie znamy jednak losów jego rodziny ani Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie.

Gdyby więc pośród szanownych czytelników „Magazynu Wileńskiego” znalazły się osoby, posiadające jakąkolwiek informację na temat tej szkoły, losów jej absolwentów, dyrektora i nauczycieli – uprzejmie proszone są o kontakt z redakcją. Może udałoby się uzyskać dodatkową informację dotyczącą interesującego tematu.

„Magazyn Wileński”, 11/2005