Archive for the 'Książki' Category

Wywiad z Marylą Rodowicz

Być Polakiem na Litwie

Maciej Mieczkowski – ur. w 1980 r. Wilnie, jest absolwentem Polskiej Szkoły Średniej im. Jana Pawła II w Wilnie. W 2004 r. ukończył studia magisterskie na Wydziale Stosunków Międzynarodowych i Politologicznych na Uniwersytecie Łódzkim. Działał w Studenckiej Międzyuczelnianej Organizacji Kresowiaków, odbył staż w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, którego pokłosiem był cykl artykułów wyróżniony Nagrodą Młodych im. Witolda Hulewicza (2003).

Pracuje w wileńskiej Polskiej Galerii Artystycznej „Znad Wilii”, publikuje w kwartalniku o tym samym tytule. Debiut książkowy autora – „Być Polakiem na Litwie” – jest publicystyczną wersją jego pracy magisterskiej pt. „Polska mniejszość narodowa w polityce i świadomości Litwinów”.

WM: Proszę przedstawić Czytelnikowi, o czym właściwie jest Pańska książka?

MM: Podstawowymi zagadnieniami, omawianymi w książce, są wzajemne kontakty Polaków i Litwinów na Litwie, próba naprawy stosunków między nimi i zmiany myślenia poszczególnych, mniej wykształconych grup społeczeństwa.  Inaczej mówiąc, zmiana mentalności i próba budowy stosunków między obu krajami, z uwzględnieniem mniejszości polskiej na Litwie i litewskiej w Polsce.

Uważam, że w uregulowaniu i wyzbyciu się litewsko-polskich stereotypów pomocna jest znajomość i ocena historii Litwy w ostatnim dziesięcioleciu. Można by przypuszczać, że dzisiaj, po tylu latach wdrażania gospodarki rynkowej, pojawiły się nowe problemy, a stary poszły w niepamięć. Niestety, praktyka bywa nieco inna, jeszcze dziś odżywają demony przeszłości. Widać to na podstawie przykładów z prasy i mediów, jak też opracowań poświęconych temu zagadnieniu.

WM: Niezwykłą wartość stanowi tu jednak wgląd naukowy.

MM: Tak, opierałem się w tej pracy na opracowaniach znanych historyków, takich jak Piotr Łossowski, Henryk Wisner czy Krzysztof Szczepanik. Uwzględniłem oczywiście również opinie takich polityków, jak Vytautas Landsbergis, Valdas Adamkus, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, wielu innych. Rdzeniem tej pracy jest dialog publicystyczny autorytetów z Litwy i Polski na temat Polaków litewskich. Nie omieszkałem przytoczyć też wypowiedzi lokalnych działaczy polskich.

WM: W swojej książce nie omieszkał Pan również przypomnieć błędne posunięcia wileńskich działaczy i wspomnieć o wynikających z tego konsekwencjach.

Chodziło tu o wstrzymanie się od głosu przedstawicieli Polaków w sprawie Aktu Niepodległości Litwy w parlamencie (wtedy de facto oznaczało to sprzeciw) oraz próby utworzenia autonomii terytorialnej z obszarów Wileńszczyzny.

WM: Jakie kwestie, Pana zdaniem, są dziś najbardziej aktualne dla młodego pokolenia litewskich Polaków?

MM: Jak zdobyć dobrą pracę, niemałe wynagrodzenie, w jakim języku wychować swoje dzieci – żartuję. Wszystkie te sprawy są jak najbardziej ludzkie, to jest normalne. Wiadomo – nie każdy chce do końca życia „walczyć” o nasze polskie sprawyi nie każdy musi. Chodzi o to, żeby ci, którzy poczuwają się do tego silni, godnie, rzetelnie i profesjonalnie nas reprezentowali. Pomimo wielkiej pracy, która zostzała już zrobiona w ciągu 16 lat niepodległości, pomimo chęci – nie do końca nasza mniejszość jest profesjonalna. A przecież Litwa kształci świetnych specjalistów, z Polski wracają ludzie po dobrych studiach.

Ludzie ci jednak nie zawsze znajdują jakieś godne siebie zajęcie w strukturach polskich. Chodzi mi tutaj o mechanizmy pozyskiwania tych fachowców, żeby pracowali na rzecz mniejszości. Można owszem, zarzucić mi, że nie rozumiem warunków gry rynkowej, ale mnie się wydaje, że w takim wypadku studia w Polsce mało dają ludziom, których Polska wykształciła na specjalistów z zamiarem podnoszenia poziomu kultury w swoich krajach.

Doleję jeszcze oliwy do ognia – nie można nie zauważyć sprawy, że Litwinom kultura polska, w porównaniu z innymi światowymi – nie jest atrakcyjna. Wobec tego, żeby stanowić jakąkolwiek siłę, bądź zwyczajnie nie marnować potencjłu intelektualnego, trzeba się jakoś grupować, zakładać instytucje, tworzyć nowe mechanizmy, żeby Polak na Litwie był Polakiem – mniejszością wykształconą, majętną, ale lojalnym wobec Litwy. Inaczej czeka nas chaos, rozproszenie i w dalszej perspektywie zanik. I pewnie  najbardziej w młodej kadrze widziałbym nadzieję na poprawę naszej kondycji.

WM: Jak by ocenił Pan kulturalną kondycję społeczności polskiej na Litwie?

MM:   Pomimo tego, że udało się Polakom na Litwie wytworzyć dość szeroki „zakres swobód”, to jednak, moim zdaniem, brakuje nam wśród Polaków litewskich ludzi z warstw inteligencji. Nie mówię, że jej nie ma, bądź że nie kształci się młoda inteligencja, chodzi mi bardziej o to, że jest niewidzialna. Brakuje jej aktywności.

Zjawiskiem, które obserwuję już od ukończenia studiów, jest również to, że Polacy na Litwie, a prznyajmniej w Wilnie, jak gdyby „siedzą cicho”, często muszą unikać polskiego języka, np. w pracy, urzędach czy w kontaktach koleżeńskich. Chociaż to ujęcie problemeu słowem „muszą” nie całkiem jest adekwatne. Może tu chodzi bardziej o to, że nie chcą rozmawiać po polsku (oczywiście między sobą) a nieraz świadomie unikają języka polskiego. […]

Dlaczego nieraz unikamy polskiego? Odpowiedzi jest wiele. I myślę, że każdy sobie doskonale to wyjaśni. Ja natomiast chciałem zasygnalizować, że wobec całej normalności zaistniałej sytuacji, bo mieszkamy w Państwie Litewskim, mnie się to bynajmniej normalnym nie wydaje. Więc jeśli pyta Pan o kondycję kultury mniejszości polskiej, to chyba trzeba stwierdzić, że coś tu jest nie tak.

WM: Co mianowicie ma Pan na myśli?

MM:  W naszym kraju zachodzi szereg wszelakich najdziwniejszych procesów, których nie sposób nie zauważyć. Nie chcę tutaj wymieniać wszystkich, aletak mi się wydaje, że zmierzając ku normalności – normalnym się staje, że Polak na Litwie powoli transformuje się w stronę obywatela konformistycznego. Oczywiście, można to wytłumaczyć tym, że żyjemy na Litwie, a na Litwie mieszkają Litwini. Ale nie zapominajmy również, że żyjemy tu od wieków, że mamy obywatelstwo litewskie, że jako obywatele, którzy de facto są mniejszością, mamy takie same prawa jak i Litwini. A Litwini powinni nas zauważać, na przykład, w procesie zwrotu ziemi, w szkolnictwie i innych palących problemach.

WM: Galeria „Znad Wilii” jest jednym z najjaskrawszych ogniw polskości na mapie Wilna, a jednocześnie jest znakomitym przykładem konstruktywnej współpracy polsko-litewskiej.

MM: Galeria „Znad Wilii” czynnie zabiega o dobre stosunki polsko-litewskie – jest również insystucją prywatną. Sama musi wypracować sobie środki na istnienie w warunkach kapitalistycznych, a co się za tym wiąże – stara się wszystko, co robi, robić jak najlepiej, żeby później produkt który wypracuje, mówiąc bez obwijania w bawełnę, dobrze sprzedać. A ponieważ obraca się w sferze kultury, ma możliwości uprawiać te stosunki zz ludźmi, którzy najczęściej tam trafiają.

Oprócz sprzedaży dzieł sztuki, galeria gościła w swych progach wielu wybitnych osobistości światowych, ludzi znaczących zarówno na Litwie, jak i w Polsce. […] W galerii obok obrazów malarzy polskich wiszą obrazy Litwinów, Rosjan, Białorusinów, Żydów. Często dochodzi tu do dyskusji, odbywa się to w atmosferze pozytywnej – ludzie z Polski i Litwy konfrontują swoje poglądy. Polacy widzą, że poziom sztuki jest profesjonalny, a jeśli to słaby przykład, to mogę powiedzieć, że często gościmy również turystów z innych europejskich państw. Często słyszymy, że nasza sztuka jest na wysokim poziomie. A to cieszy niezmiernie i pokazuje, że tam, gdzie dialog polityczny zawodzi, można to robić poprzez kulturę.

WM: Jak Pan ocenia dzisiejsze stosunki polsko-litewskie?

MM: Dziś stosunki polsko-litewskie są dobre jak nigdy wcześniej, przynajmniej od stu lat. To powinno cieszyć rządy w Warszawie i w Wilnie. Ale zejdźmy niżej – do realnej mniejszości polskiej na Litwie. Brakuje tym stosunkom wyczulenia na krzywdy mniejszości, brakuje, pomimo deklaracji, chęci zrozumienia problemów. Okazuje się, że w żaden sposób nie można przyśpieszyć zwrotu ziemi. A ja – lojalny obywatel Litwy – nie mogę tak jak mój kolega Litwin odzyskać ojcowizny.

Naszą mniejszość stanowią ludzie – mieszkający tu, dziś i teraz. Nie wierzę w to, że nie można tych problemów rozwiązać. Wydaje mi się, że jest jakaś zmowa milczenia, pewna perfidia w tych relacjach w stosunku do mniejszości. […] 

WM: Dlaczego w swoim czasie wybrał Pan studia w Polsce?

MM: Tak się złożyło, że podczas nauki w szkole interesowałem się polityką, kulturą, sztuką. Młodemu człowiekowi Stosunki Międzynarodowe na Uniwersytecie Łódzkim w Polsce wydawały się dosyć interesującym i atrakcyjnym kierunkiem. Okazało się już na studiach, że oprócz polityki mieliśny na przeciągu studiów wiele innych przedmiotów, co siłą rzeczy pozwoliło poszerzyć horyzonty i nauczyć się, że tak powiem, szerszego myślenia.

„Kurier Wileński”, 7.07.2006 

Rozmowa z Krzysztofem Niesiołowskim, wilnianinem, dyrektorem Teatru „Baj”

Krzysztof Niesiołowski: „W naszym teatrze dzieci nie boją się i nie płaczą”

Wilno przedwojenne kojarzy się dla mnie przede wszystkim z moim dzieciństwem. Mieszkałem z rodzicami na ulicy Zamkowej 24, gdzie z naszego balkonu było widać popiersie Juliusza Słowackiego. Codziennie chodziłem do szkoły, która nazywała się „Dziecko polskie”. Po wojnie w tym budynku był już Komitet Centralny Partii Komunistycznej Litwy.

W Wilnie człowiek na codzień ocierał się z historią. Pamiętam Wilno jako miasto ludne, gwarne. Jeździły autobusy, które z trudem, ale mieściły się na Zamkowej. Mówiło się wówczas, że jedziemy „arbonem”. „Arbon” – to była firma szwajcarska, która produkowała i dostarczała te autobusiki do Wilna. Od listopada do marca w Wilnie było bardzo dużo śniegu. Miasto właściwie było szaro-białe. A ta dzisiejsza kolorowość Wilna, która nie wiem, czy jest zgodna z zapisami historycznymi, też mi się bardzo podoba. Teraz Wilno jest piękniejsze i jest miastem bardziej efektownym, niż było do 1939 roku. Ale oczywiście, nostalgia za starym Wilnem ciągle pozostaje.

WM: Jak się zaczęła Pana przygoda z teatrem lalek?

KN: W życiu ludzie czasem mówią nieprawdę, że niby od dziecka chcieli być kimś. Wydaje mi się, że bardzo często to jednak przypadek człowieka ustawia w życiu. Mój ojciec, Tymon Niesiołowski, był malarzem, profesorem na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, więc sprawy sztuki i malarstwa były mi bliskie.

Moje pierwsze doświadczenia teatralne wiążą się właśnie z Wilnem. Swój pierwszy spektakl oglądałem na ul. Końskiej, gdzie wówczas mieściły się zespoły aktorskie – polskie teatr lalek „Bajka”, „Wileński teatr lalek” oraz Żydowski teatr „Maidim”. Wszystkie te zespoły jakoś razem funkcjonowały. W 1941 roku, jako trzynastoletni chłopak, obejrzałem spektakl polskiego zespołu. Było to marionetkowe przedstawienie „Nowe szaty króla” w teatrze marionetkowym Olgi Totwen, który działał w ramach Teatru Młodego Widza na ulicy Końskiej. Był to mój pierwszy kontak z teatrem lalek.

Dziwne, mistyczne miejsce, najwęższa uliczka w Wilnie – Końska – tak przyciągała lalkarzy. Po wojnie powstał tu litewski teatr „Lėlė“. Wilnianka Olga Totwen po wojnie w Gdańsku założyła teatr „Łątek“, dziś teatr „Miniatura“.

WM: A jak się potoczyły losy Pana i pańskiej rodziny po wojnie?

KN: Kiedy w 1945 roku transportem uniwersyteckim przyjechaliśmy do Torunia, powstał Uniwersytet Mikołaja Kopernika, a mój ojciec był założycielem Wydziału Sztuk Pięknych. Placówka ta kontynuowała tradycje wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego. Nie było wówczas Akademii Sztuk Pięknych, tylko Wydział Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Stefana Batorego. W Toruniu więc w 1946 roku zdałem maturę i rozpocząłem studia na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. W tymże roku do Torunia z Bydgoszczy został przeniesiony teatr lalek „Baj pomorski”, który zresztą założyła też wilnianka Irena Pikiel. Ona też zaprosiła do grania w nim studentów i tak zaczęliśmy w 1946 roku.

Tak rozpoczął się dla mnie bardziej świadomy kontakt z teatrem lalek, ale traktowaliśmy to wówczas bardziej jako zabawę, jako sposób dorobienia trochę pieniędzy na życie studenckie. Zadebiutowałem w roli Raka-Nieboraka w sztuce o Raku-Nieboraku i Pstrągu-Dziwolągu. Ale była to właściwie przygoda jednorazowa.

Po tym próbowałem zdawać na architekturę, która zresztą do dzisiaj mnie interesuje. Chciałem też pójść do Szkoły Teatralnej, na co mój ojciec, mimo że artysta, miał XIX-wieczny pogląd, więc powiedział: „Do tych komediantów nie pójdziesz”. Nie pozwolił mi, więc pracowałem jeszcze kolejny rok w teatrze „Baj pomorski”, a w 1948 roku została otworzona Wyższa Szkoła Filmowa w Łodzi. Według ojca film – to „nic takiego”, więc zdałem do tej szkoły i studiowałem tam przez dwa lata.

W 1951 roku przyjęto mnie jako aktora, a natępnie asystenta reżysera w warszawskim Teatrze Lalek „Guliwer”, gdzie pracowałem do roku 1954. A w 1954 roku dyrekcja teatru w porozumieniu z Ministerstwem Kultury wysłała mnie na czteroletnie studia lalkarskie do Pragi, ponieważ w Polsce brakowało wówczas dyplomowanych reżyserów lalek. Obecnie Wydział lalkarski, który kształci aktorów i reżyserów teatru lalek, znajduje się w Białymstoku.

Po ukończeniu studiów w 1958 roku otrzymałem dyplom Wydziału Reżyserii Teatru Lalek i Dramaturgii Lalkowej. Po powrocie z Pragi zatrudniłem się w Teatrze Lalek i Aktora „Baj” w Warszawie, a pierwszym wyreżyserowanym przeze mnie spektaklem była sztuka „Nowe szaty króla”.

WM: Jak bardzo różni się widz dzisiejszy od widza z tamtych czasów?

KN: Widz, który przychodził do teatru tuż po wojnie, nie miał telewizji. Właściwie nawet nastolatki przychodziły do nas. Wraz z filmami oraz powstaniem telewizji to się zaczęło zmieniać. W tej chwili raczej przychodzą do nas dzieci przedszkolne i uczniowie młodszych klas – pierwszej, drugiej, trzeciej.

WM: Proszę opowiedzieć o teatrze, którego jest Pan dyrektorem i kierownikiem artystycznym.

Jestem najstarszym w Polsce dyrektorem i kierownikiem artystycznym zawodowego teatru lalkowego. Najdłużej zajmuję to stanowisko w całej historii naszego systemu teatralnego. Kieruję teatrem „Baj” od 1973 roku, a pracuję w teatrze od 1946 roku.

Teatr „Baj” został założony w 1928 roku dzięki społecznej inteligencji „Robotnicze towarzystwo przyjaciół dzieci”. Na początku nie było żadnych etatów, teatr nie miał też swojego pomieszczenia. W 1939 roku miasto podpisało umowę, która finansowo zezwoliła na zagranie w ciągu roku 150 spektakli dla dzieci. W tamtych czasach 150 spektakli w ciągu sezonu to było bardzo dużo!

W 1945 roku aktorzy, którzy przetrwali wojnę, znowu zebrali się w trupie i wznowili działalność. W 1954 roku warszawski Teatr „Baj” otrzymał pomieszczenia po byłym żydowskim teatrze przy ulicy Jagiellońskiej, a obok znajduje się Dworzec Wileński oraz Bazar Wileński. W tym samu roku „Baj” otrzymał status państwowego teatru.

W 1990 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki postanowiło przekazać większość teatrów dla władz lokalnych, więc od 1992 roku teatr jest municypalny. Obecnie finansowanie dla teatrów przeznaczane jest przez prezydentów miast. W tej chwili Warszawa liczy wiele teatrów. Trzy z nich lalkowe – w tym Teatr „Baj” – to teatry municypalne.

Od początku orientowaliśmy się na widza dziecęciego. Właśnie tu sformował się repertuar polskiego teatru lalek. Do 1939 roku autorzy pisali sztuki specjalnie dla teatru „Baj”. Przed wojną Teatr „Baj” nie tylko tworzył spektakle, ale także organizował kursy dla nauczycieli oraz wszystkich interesujących się teatrem lalek.

WM: Czy i jak „Baj” funkcjonował w czasie wojny?

KN: W czasie wojny teatr półlegalnie pokazywał przedstawienia klasycznych baśni. Spektakle dla dzieci były organizowane przez organizacje społeczne. Podczas wojny do teatru Getta Warszawskiego wniesiono lalki, w getcie były przygotowane dwa różne spektakle i potajemnie odgrywano je dla więzionych tam dzieci.

Jeden z najbardziej znanych badaczy naszego teatru Henryk Jurkowski właśnie w Teatrze „Baj” zobaczył pierwsze w swoim życiu przedstawienie lalkowe. Zainspirowany naszym teatrem Henryk Jurkowski wydał książkę „W kręgu warszawskiego „Baja”.

WM: Czym więc „Baj” różni się od pozostałych teatrów?

KN: Teraz w większości przedstawień teatrów lalkowych lalki nie dominują. Zawsze rozważam, czego rzeczywiście wymaga utwór – tylko lalki, czy też aktora, grającego z lalką czy obok niej. Ale Teatr „Baj” założony jako teatru dla dzieci! W Polsce istnieje dziś 26 lalkowych teatrów municypalnych! W repertuarze naszego teatru są różne przedstawienia, nie tylko lalkowe.

Jednak o wszystkim decyduje sztuka: czy jest potrzeba, by aktor był obok lalki? Moim zdaniem, małe dzieci nie lubią aktorów – jest on dla nich zbyt duży, nawet niebezpieczny. Jesteśmy dumni, że możemy rodzicom powiedzieć, że w naszym teatrze dzieci nie boją się i nie płaczą.

Inna sytuacja składa się, kiedy w mieście, w którym jest teatr lalek, nie ma teatru dramatycznego. W Warszawie jest kilkanaście teatrów municypalnych, które specjalizują się według granego repertuaru. Oprócz lalkowego teatru „Baj” są jeszcze dwa municypalne teatry lalkowe – „Lalka” oraz „Guliwer”. „Baj” w ciągu sezonu gra 12 przedstawień. Repertuar jest tworzony tak, by odpowiadał interesom różnych grup wiekowych i publiczność mogłaby wybierać. Jednak najbardziej nas lubi mały widz.

“Kurier Wileński”, 3.11.2007