Archive for the 'Kino' Category

Wywiad z Marylą Rodowicz

Twarz polskiego kina: Andrzej Chyra (wywiad)

Ukończył Pan szkołę aktorską, a następnie studia reżyserskie. Jak traktuje Pan połączenie tych dwóch, w pewnym sensie, sprzecznych zawodów?

Z mojego doświadczenia znam paru aktorów, którzy reżyserują i reżyserów, którzy są aktorami. Myślę, że człowiek podlega ewolucji, jest to też kwestia pewnej potrzeby. Ostatnio zawodu reżyserskiego nie uprawiam, bo nie muszę. Sporo gram, ale na raie nie mam wyraźnego pomysłu, idei, tekstu czy historii, którą bardzo chciałbym opowiedziweć. Ale trzymam to gdzieś w sobie jako potencjalną możliwość, bo czasami wydaje mi się, że chciałbym trochę więcej. Traktuję aktorstwo bardzo instrumentalne, nie traktuję tego osobiście, chociaż używam siebie czasami bardzo osobiście.

Rzeczywiście, są w tym może sprzeczności osobowościowe, ale studia reżyserkie były mi potrzebne, żeby pewne rzeczy dla siebie zweryfikować. Studia pomogły mi uwolnić się od maniery szkolnej, był to taki czas, gdy mogłem wyjść na swoje, coś na innych spróbować, coś na sobie. Nawet jeżeli nie będę się parał reżyserią poważnie, to myślę, że moim rozwoju aktora reżyseria była istotnym etapem.

Czy aktorstwo było powołaniem, czy trafił Pan do teatru przez przypadek?

Myślę, że było to powołanie, ale na pewno nie przypadek. Pochodzę z takiego regionu i rodziny, dla której to wszystko było czymś bardzo abstrakcyjnym. Mój ojciec jest związany z górnictwem i ma bardzo praktyczne myślenie o życiu. Skoro wypowiedziałem się za aktorstwem – była to moja wola. Bowiem aktorstwo było wyraźnie czymś innym, niż dotychczasowe moje życie wówczas. Ale złożyłem papiery do szkoły aktorskiej. Pomyślałem, że trzeba spróbować, a jeśli się nie uda, to wybrać coś bardziej zdroworozsądkowego. Tak więc, nie ma w tym przypadku. Aktorstwo nieśmiało chodziło mi po głowie przez wiele lat. Gdy przyszegł moment, w którym trzeba było decydować się, podjąłem decyzję i konsekwentnie jej broniłem.

Ale początki w teatrze nie były łatwe…

Kończyłem szkołę aktorską w marnym czasie dla aktorów polskich. Były to czasy bojkotu telewizji, końcówka komunizmu. Szkołę teatralną skończyłem w 1987 roku.

Reżyseria natomiast była wyborem, związanym z tym, że szczerze mówiąc, jako młody człowiek nie bardzo wierzyłem w siebie jako aktor. Wydawało mi się, że jeszcze muszę dojrzeć. Reżyseria była takim elementem, by otworzyć dla siebie jeszcze jedną ścieżkę i jak gdyby wystawić się na próbę. Przez trzy lata robiłem programy w telewizji jako reżyser. Było to bardzo użyteczne i dopiero film „Dług” uruchmił karierę. Teatr proponował mi eksperyment, coś co by wychodziło poza tradycyjne mieszczańskie traktowanie teatru. Film jest dla mnie dziedziną realistyczną. I to jest najważniejszy sposób przedstawiania rzeczywistości. Natomiast teatr jest dla mnie totalną wolnością. Z teatrem jest jak z poezją – zderzenia, metafory, symbole, parabole itd. To instrumenty, które w teatrze są istotne, a mnie – pociągają najbardziej. Nudzi mnie grzeczny, realistyczny teatr. Lubię poszaleć.

Jak mógłby Pan swoją pracę z reżyserem filmu „Wszyscy jesteśmy chrystusami” Markiem Koterskim?

Praca za Markiem Koterskim była dla mnie bardzo ciekawa. Jest to spotkanie z wyjątkowym, bardzo ciekawym człowiekiem, artystą szalonym, bardzo precyzyjnym i bardzo dokładnie wiedzłcym co robi oraz jakich środków używa, jakich instrumentów dotyka robiąc coś. W tej pewnej niewoli, którą reżyser narzuca, walczę o jakąś wolność i autonomię – i w tym zderzeniu to było niezwykle interesujące. Scenariusz jest wspaniały, rozleglejszy, dokładnie rozpisany i brdzo precyzyjny. Film jest tak na prawdę zylko częścią tego. Być może wynika to z tego, że Marek Koterski jest bardziej literatem,  a mniej filmowcem. Ale była to wyjątkowa praca dla mnie.

Czy mógłby Pan wymienić swoje autorytety filmowe?

Moje autorytety filmowe – to właściwie cała klasyka europejska i amerykańska – Bergman, Antonioni, Fellini, Bunuel, Fasbinder. Z polskich reżyserów – Wajda, Zanussi, Kieślowski. Mówiąc o aktorach, bardzo cenię Amerykanów. Amerykanie chyba jednak wykształcili w aktorstwie coś takiego najbardziej przekonującego, chociaż moim ulubieńcem zawsze był Marcello Mastroiani, ale Amerykanie mają jednak mocniejszą szkołę aktorską. Rosjanie też mają bardzo dobrą szkołę, ale myślę, że Amerykanie są lepsi, ponieważ mają trochę lepsze spektrum. W Polsce też mamy dobrych aktrów – Janusz Gajos, Jerzy Radziwiłowcz.

Jak reaguje Pan na wzrastającą popularność?

Mało gram w telewizji. Robiłem w sumie w dwóch serialach zamkniętych, ale staram się nie przesadzać z telewizją. Myślę, że to wąaśnie telewizja tworzy popularność. Czasami widzę, że mnie rozpoznają albo z kimś im się kojarzę, ale nie do końca są pewni…

Jaki stosunek ma Pan do nagości oraz brutalności w kinie lub w teatrze?

Jeśli chodzi o nagość, zdarzyło mi się parę razy rozebrać. Ale nie traktuję tego jako coś niewłaściwego. Chodzi tu o użycie nagości. Tak się wszyscy zasłaniają, zastanawiają się, czy jest to uzasadnione, czy nie odwraca uwagi od tego, co jest sednem, pomaga to bardziej czy przeszkadza. Nagość zawsze będzie odwracała uwagę. Jeżeli jest to istotne pod względem treści, to uważam, że można to robić. Nie jest to dla mnie coś niemożliwego. Nagość w polskim kinie gdzieś tam gra cały czas. Znam moich kolegów reżyserów, którzy lubią pokazywać nagość.

Natomiast epatowanie brutalnością jest często niepotrzebne. Wszystko zależy od jej sensowności w filmie. Nie przepadam za brutalnością, chociaż postacie, które gram, nie należą do najprzyjemniejszych.

Jakie kryteria są dziś dla Pana ważne przy wyborze roli filmowej lub tearalnej?

Na razie odrzucam słabsze propozycje, bo chciałbym jednak zrobić film, który da mi satysfakcję, który będzie krokiem do przodu, a nie odrabianiem zadań, a z tym nie jest tak łatwo. Z kolei teatr – to jest to, z czego nie chcę rezygnować. Teatr ma tę przewagę, że ma ogromne zaplecze literackie – od antyku poprzez Szekspira do Czechowa. Niezależnie od tego, czy gram w filmie, czy w teatrze, staram się kreować postać, która by była współczesna, rwagowała i myślała w sposób, który jest dla nas zrozumiały. Może być kostiumowa, ale powinna mieć rysy współczesne. W teatrze mam oparcie, tematy, sprawy i ludzi, z którymi warto coś robić.

„Kurier Wileński”, 28.04.2007

Wywiad z Krzysztofem Zanussim

Krzysztof Zanussi: „Na Litwie odradzają się polskie elity…”

WM: Zakończył się VI Tydzień Filmu Polskiego w Wilnie. Podsumowując program, na który się złożyło osiem najnowszych filmów reprezentujących współczesną kinematografię polską, odniosłem wrażenie, że we współczesnym kinie polskim kontynuowana jest tradycja kina moralnego niepokoju. Czy to jest prawda?

KZ: Tak, to jest prawda. Generalnie biorąc, problematyka etyczna jest jak gdyby napędem wszelkich konfliktów dramatycznych. Szekspir też zajmował się tó problematyką, o tym również pisał Molier. Ale kino moralnego niepokoju – to dość specyficzne rozumienie tych kwestii, problematyki moralnej, przymierzonej do rzeczywistości codziennej. Odbajdujemy ciągle ten sam niepokój, że żyjemy nie tak, jak byśmy chcieli, że mamy społeczeństwo nie takie, o jakim marzyliśmy. To ciągle powraca. Przeżyliśmy jakiś wielki przełom i chcemy być dumni z tego, co się stało w naszej części świata. Ale też widzimy, jak bardzo sami siebie zawiedliśmy. Jesteśmy gorsi niż przypuszczaliśmy. Więc to jest motyw, który się pojawia. Dlatego „Komornik” – to też jest kino moralnego niepokoju. To jest przedłużenie tego spojrzenia, które jest dla sztuki dość naturalne. Każdy artysta cierpi widząc, że życie tak bardzo pozostaje w tyle od ideału.

Nie mamy dzisiaj tak wielkiej pasji, by robić w Polsce kino na tematy polityczne, u nas nigdy nie mogło to istnieć za komuny, ale też to nie jest powołaniem sztuki. Sztuka traci na wartości, jeżeli zajmuje się polityką. Polityka jest sprawą podatków, ponieważ najważniejsza sprawa w polityce – to kto, gdzie i za co płaci. Natomiast zajmujemy się jednak stroną wartości, a nie pragmatycznych decyzji, jakie są naturalne dla świata polityki. Stąd jak są takie skrajne momenty w życiu społeczeństwa, to czasami pojawia się takie pragnienie, żeby artysta stanął wyraźnie po stronie… Artysta staje wyraźnie po stronie wartości, a nie politycznego ruchu. On chce bronić prawdy, wolności, czyli takich rzeczy, które są wartością absolutną. A kto tam jaką partię polityczną pod to „podczepia”… Wszyscy politycy mówią zawsze, że działają w imieniu jakichś wartości i wszyscy w jakimś stopniu troszkę kłamią.

WM: Niedawno w Polsce powstała nowa instytucja filmowa – Polski Instytut Sztuki Filmowej. Czy jest to szansa dla polskiego kina?

KZ: Jest szansą nie przez sam instytut, który jest po prostu działem administracyjnym, wykonawczym, ale przez to, że nowe prawo filmowe obciążyło kulturę procentowym podatkiem. Wszelką reklamę we wszystkich telewizjach – i prywatnych, i państwowych – obciężyło 1,5-procentowym podatkiem, jak też bilety sprzedawane do kina na wszystkie filmy, również amerykańskie. I wreszcie, 1,5-procentowym podatkiem obciążono wszystkich, którzy ściągają abonament.

To jest ogromny sukces polskiej klasy politycznej, ponieważ przeciwko temu były ogromne pieniądze, głównie amerykańskich koncernów i wielkich stacji telewizyjnych, które są już bardzo potężne. Dlatego o tym mówię tu, na Litwie, ponieważ trzeba uświadomić, że z takim prawem trzeba bardzo się śpieszyć, bo wprowadzili je Francuzi, w czasach, kiedy nacisk amerykański był jeszcze słaby: oni to zrobili już w latach 50-ch. Natomiast Włosi od dwudziestu lat próbują przeprowadzić takie prawo przez parlament i zawsze lobbing amerykański powoduje, że iluś tam parlamentarzystów wyłamie się i nie zagłosuje za tym, żeby tym super bogatym coś odebrać. Oni mają do dyspozycji wielkie środki. […]

Środowisko filmowe w Polsce już od lat posiada środki, których nie mają na przykład filmowcy rosyjscy. Nie mam pojęcia, czy mają je litewscy filmowcy. Przejęliśmy zarządzanie prawami autorskimi, więc Instytut Sztuki Filmowej jest bogatą instytucją. W tej chwili stać nas na współfinansowanie filmów, fundowanie stypendiów, wysyłanie młodzieży za granicę. Jesteśmy o wiele bardziej bogatsi, niż w czasach komuny. Zarządzanie prawami auroskimi daje nam pewien naturalny zysk obrotowy, który potrafimy zrobić, gdy w coś zainwestujemy. Układa się to nadzwyczaj szczęśliwie.

WM: Czy na tym gruncie w kinie polskim pojawiają się wielkie talenty wśród najmłodszej generacji filmowców? Czy mógłby Pan wskazać nazwiska, które są przyszłością polskiej kinematografii?

KZ: Jestem zarówno wykładowcą w szkole filmowej w Katowicach, jak i kolegą tych ludzi, których ewentualnie mógłbym wskazać. To jest zawsze bardzo kłopotliwe, bo jest to wystawianie cenzury. Widzę talenty, aczkolwiek najwięcej talentów pojawia się dopiero teraz, bo trzeba było 15 lat na to, żeby ta transformacja jakoś się wyklarowała. To jest czas zamętu. Pierwsze pokolenie, które przeszło ten przełom, w pewnym stopniu się pogubiło. Bardzo dużo moich kolegów oraz moich uczniów robi dzisiaj telewizyjne seriale, robi rzeczy kiczowate, zarabia pieniędze. Natomiast wśród młodszych widzę wielu interesujących, dobrych, twórczych osobowości.

Ale możemy mówić tylko o ludziach, którzy zrobili więcej, niż jeden film. Bo jeden film to się często udaje. Zobaczymy, kto naprawdę wypłynie. Jest pani Marta Piekosz – wybitna studentka, jest pan Chabicki, którego nie uczyłem, ale są to ludzie, których możemy wskazać palcem, że na pewno są zdolni. Jest pani Szumowska, która zrobiła dziwny, interesujący film, jest nieco starsza pani Kędzieżawska, która kontynuuje bardzo wyraźną linię swoich filmów. Nie mogę powiedzieć, że nie ma na kogo patrzeć, ale jest bardzo wielu młodych, którzy w tej chwili czekają na te fundusze, które pozwolą im łatwiej coś nakręcić.

WM: Od dawna można zaobserwować Pana twórcze powiązania z Rosją. Ma Pan sporo przyjaciół w Rosji, a w filmie „Persona non grata” jedną z głównych ról odgrywa wybitny rosyjski reżyser Nikita Michałkow. Jednocześnie możemy stwierdzić, że w Polsce kulturę rosyjską w pewnym sensie zepchnięto na margines. Jak Pan łączy te rozbieżności?

KZ: W Polsce jest ogromny odrzut dla kultury rosyjskiej. Jest to związane oczywiście z rosyjskim zaborem. Polska jest sklejona z trzech zaborów i dzisiaj niesłychanie różni się po tych zaborach. To zadziwiające, jak rzeczywistość sprzed stu laty jest ciągle obecna. Wrocław, Poznań czy Katowice – to są zupełnie inne miasta. I Warszawa, jak i Wilno, jest ze starego zaboru rosyjskiego, gdzie była najniższa kultura urzędnicza i najniższa kultura materialna, wobec czego te konflikty są podszyte tamtą pamięcią. Chętnie to mówię, bo miałem być ambasadorem Polski w Roji. Otóż ja bardzo Rosję lubię, bo jest mi ona obca, jestem z pochodzenia Włochem. Nie mam z tym nic wspólnego. To jest inny świat. Nie jestem do tego świata uprzedzony. Wielu Polaków, którzy czują się trochę zrusyfikowani, mają taki histeryczny odrzut Rosji dlatego, że ona w nich troszkę rezonuje. Ja nie piję wódki, nie znoszę uczuciowości słowiańskiej, w ogóle nie jestem Słowianinem. Obserwuję to z ciekawością, bo to nie jestem ja i jest mi łatwiej.

WM: Jest to kolejna z rzędu Pańska wizyta na Litwę. Czy ma Pan już grono znajomych, przyjaciół, ulubione miejsca w Wilnie?

KZ: W Wilnie mam masę ulubionych miejsc, bardzo ładnych. Znam dobrze pana Landsbergisa, który był jednym z motywów mojego ostatniego filmu. W filmie można go rozpoznać – muzykolog, który zostaje politykiem. W Polsce takiego nie mamy. Do swojego filmu ten motyw wziąłem właśnie od niego. Wśród młodszych kolegów też mam sporo znajomych. Jest to naturalna bliskość – byliśmy bliscy sobie w latach, kiedy był Związek Radziecki, bo przyjeżdżaliżmy tutaj. Nie po to, by repolonizować Wilno, no bo po co? Wszyscy musimy dziś z bólem powiedzieć, że to nie ma dzisiaj sensu.

Natomiast zjednoczona Europa inaczej w ogóle już definiuje poczucie narodowości i sąsiedstwa, stąd fakt, że może być miasto paru narodów, jest dzisiaj naturalny. To nie jest już fakt tak wybuchowy, jaki był kiedyś. Dlatego człowiek tak dobrze się tu czuje.

WM: Jest Pan bardzo znanym i cenionym na świecie intelektualistą, sporo Pan podróżuje, zna Pan także nasze litewskie realia. Jak widzi Pan perspektywy polskiej społeczności na Litwie?

KZ: Dla mnie to jest właśnie ta jasna pespektywa zjednoczonej Europy. Jasna – w sensie promienna, a nie mroczna. Dzisiaj te napięcia szalenie słabną. Bardzo chętnie jeżdżę w te regiony, które mnie nie dotyczą, ale w których jest podobnie skomplikowana przeszłość. Patrzę na Luskemburg i na Alzację. Jeżdżę do Katalonii i dolnego Tyrolu. Widzę, jak to się obecnie zdedramatyzowało. Można dziś być niemieckojęzycznym Włochem, to nie ma wielkiego znaczenia – kto płaci podatki w którą stronę, bo i tak po części idą one do Brukseli. Bardzo bym się cieszył i cieszę się, gdy widzę, że na Litwie odradzają się polskie elity.

Dramat Polaków na Litwie polega na tym, że wyjechało stąd bardzo wielu ludzi wykształconych. To, co się stało na Białorusi, jest jeszcze straszniejsze. Tam właśnie wyjechali wykształceni, a została ta reszta, która dopiero szuka przywództwa. Polacy w Polsce wielokrotnie wstydzili się za to, że Polacy na Litwie nie znajdowali godnego przywództwa, że dawali się manipulować jakimś podejrzanym indywiduom czy wręcz ludziom o podejrzanych życiorysach. Zabrakło tu własnej elity, która by była nie tyle silna, by pilnować przed takim zagrożeniem. Dzisiaj to się odradza przez to, że młodzi ludzie się kształcą i chcą tutaj nadal mieszkać.

„Kurier Wileński„, 3.05.2006