Archive for the 'Historia' Category

Szlezwik-Holsztyn – przykładem dobrego współżycia

Wywiad z Marylą Rodowicz

Rozmowa z Haliną Subotowicz-Romanową, prezes Kongresu Polaków w Rosji

Urodzona na Wileńszczyźnie, jest inicjatorem i aktywnym uczestnikiem wielu akcji i przedsięwzięć podnoszących prestiż Polaków w Rosji, niekwestionowaną osobowością polonijnej diaspory.

Ofiarną pracą i poświęceniem przyczynia się do rozbudzania świadomości i wiedzy o losach Polaków w Rosji, zwłaszcza – w jej syberyjskiej części. Jej zasługą jest budowanie trwałych więzi pomiędzy Macierzą a środowiskiem polskim w Rosji.

Jest działaczką Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych i poprzez swoją aktywność społeczną przyczynia się do ożywienia życia polskiego w Rosji oraz kontaktów z Polską i Polonią świata, a także umacniania dobrosąsiedzkich stosunków polsko-rosyjskich. To właśnie pod przewodnictwem p. Haliny Subotowicz-Romanowej stworzona została sieć organizacji i ośrodków życia polonijnego od Kaliningradu po Kamczatkę – zespalając je w Kongresie Polaków w Rosji.

Jakie były początki działalności polskiej organizacji społecznej w Rosji?

W 1988 roku zebrała się grupka osób. Znaliśmy się wcześniej i postanowiliśmy, że należałoby w Moskwie, akurat po „pieriestrojce” – wtedy, gdy w Rosji pojawiła się możliwość zakładania społecznych organizacji przez społeczności narodowe – powołać organizację polonijną. Przede wszystkim – dla siebie, aby promować kulturę polską, nauczać dzieci, w szczególności młode pokolenie, a także osoby, które z racji historycznej odeszły od polskiej kultury i tradycji.

Na początku, w ciągu kilku lat ząrzady spotykały się u mnie w domu. Wśród mieszkających tu Polaków tylko 15 procent władało wówczas językiem polskim. Teraz można powiedzieć, że w przeciągu 20 lat procent ten znacznie wzrósł. Dziś szacujemy ok. 300 tysiecy Polaków w całej Rosji, w tym około 15 tysięcy mieszka w Moskwie. Powołaliśmy więc organizację, która w następnym roku będzie obchodzić dwudziestolecie – w 1989 roku powstało stowarzyszenie „Dom Polski” w Moskwie.

Jako stowarzyszenie poszukiwaliśmy Polaków także w innych miastach i regionach Rosji, wspomagając tym samym zakładanie polonijnych organizacji w terenie. Po kilku latach liczyliśmy już 10 organizacji, które postanowiły, że trzeba założyć ogólnorosyjską prezentację narodu polskiego wobec władz rosyjskich. Przed 15 laty odbył się zjazd założycielski i w ten sposób powstał Kongres Polaków w Rosji. Z kolei moskiewska organizacja „Dom Polski” będzie liczyła już 20 lat.

Jak dziś wygląda codzienność polskiego życia w Moskwie? Co udało się osiągnąć w ciągu tych 20 lat?

Jestem od początku działalności organizacji i muszę powiedzieć, że na początku aktywność była większa. Teraz obserwujemy pewien spad – mówię o udziale w ogólnych spotkaniach i imprezach. Natomiast przed 20 laty była pewna euforia, która z latami minęła.

Kongres Polaków w Rosji który zrzesza około 50 organizacji z całej Rosji – w takich miastach jak Irkuck, Władywostok, Kaliningrad, Petersburg, Mineralne Wody, Krasnodar, Soczi, Nalczyk, Władykaukaz, Smoleńsk, Tomsk, Tiumień, Abakan, Jekaterynburg, Wołgograd. Dziś są to mocne organizacje, których podstawowym zadaniem jest nauczanie języka polskiego – zarówno młodzieży i dzieci, jak też dorosłych. Organizujemy więc kursy w postaci szkółek polonijnych.

W niektórych organizacjach język polski jest wprowadzony jako przedmiot w szkołach rosyjskich, przy których też bazujemy się, gdyż z wyjątkiem Petersburga i Ułan Ude w Buriacji, żadna z organizacji nie posiada własnych pomieszczeń. Na przykład, w Kazaniu, Moskwie i Petersburgu język polski jest wprowadzany w szkołach rosyjskich jako przedmiot. Języka polskiego uczą się tu dzieci różnych narodowości oraz, oczywiście, dzieci z rodzin polskiego pochodzenia.

Oprócz tego, mamy także polonijne centra nauczania, do których uczęszcza wyłącznie młodzież polonijna, działają tu polskie zespoły artystyczne. Tak więc naszym podstawowym celem jest nauczanie młodzieży. Niejednokrotnie organizowaliśmy i organizujemy konferencje oświatowe, na których omawiamy zadania, cele i problemy, z którymi się spotykamy w naszej pracy. Kwestie te są również omawiane przez prezesów, spotykają się co roku na naradach.

Drugim bardzo ważnym celem jest promocja języka i kultury polskiej. Tutaj pole działania jest bardzo szerokie – oprócz imprez, odczytów czy prelekcji, które organizujemy dla swojego środowiska, staramy się także wychodzić poza nie, czyli promować kulturę polską w środowisku innych narodowości. Robimy to poprzez organizowanie Dni Kultury Polskiej, odczyty w bibliotekach, pokazy filmów polskich bądź olimpiady z udziałem szkół rosyjskich. Wydaliśmy na przykład w języku rosyjskim książkę „Syberia w historii i kulturze narodu polskiego”, żeby naukowcy i wszyscy zainteresowani w Rosji mogli się zapoznać z naszą historią.

Udało nam się również zrobić w języku rosyjskim film „Nie lękaj się, ja modlę się za Ciebie” – o papieżu Janie Pawle II, żeby w ten sposób przybliżyć postać papieża dla naszego środowiska. W Moskwie mamy dziś Teatr Polski, który między innymi w ubiegłym roku wystawiał swoją sztukę na festiwalu teatrów polonijnych w Wilnie. W naszych organizacjach w Tiumieniu, Abakanie, Buzułuku w obwodzie orenburskim działają muzea o historii Polaków bądź wystawy o Polakach przy muzeach krajoznawczych. Lokalnie ukazują się także książki na temat Polaków, ponieważ Kongres Polaków w Rosji organizuje konferencje naukowe na temat naszych losów.

Jak dzisiaj określiłaby Pani stopień zainteresowania się kulturą polską wśród Rosjan?

W latach 70., 80. ubiegłego wieku w Rosji było dość spore zainteresowanie kulturą polską poprzez literaturę, kino, filmy, które były tu niedostępne. Dla Rosjan był to powiew wolności z Zachodu, bardzo dużo ich uczyło się języka polskiego poprzez książki i film polski. Pomimo że w latach 90. książka polska zniknęła z księgarni rosyjskich, nie powiedziałabym, że kultura polska jest w Rosji odrzucana. Zainteresowanie i popyt na nią jest nadal. Nawet wśród młodego pokolenia.

Jakie problemy i oczekiwania są najbardziej aktualne dla rosyjskiej Polonii?

Chciałabym zaznaczyć, że Kongres Polaków w Rosji powoływaliśmy po to, by reprezentować wobec władz nasze problemy. Szczerze mówiąc, skutek jest marny, jeśli chodzi o rehabilitację Polaków. Niestety, do dnia dzisiejszego nie uzyskaliśmy rehablitacji. W latach „pierestrojki” rehabilitacji zostało poddanych tylko pięć narodów, a Rosję zamieszkują 162 narodowości. Nasza sprawa była już na stole prezydenta, ale na pewnym etapie proces rehabilitacji narodu polskiego został wstrzymany. Po ostatnim zjeździe Kongresu wystosowaliśmy do władz rosyjskich ponownie pismo o rehabilitacje, chociaż 6 takich pism w przeciągu tych wszystkich lat było już wystosowanych. Mamy nadzieję, że nowy prezydent wreszcie je podpisze.

Następna niezwykle ważna dla nas sprawa – to kwestia zwrotu Domu Polskiego, czego niejednokrotnie domagaliśmy się. Budynek Domu Polskiego w Moskwie został wybudowany na potrzeby polskiej organizacji na początku XX wieku przez Polaków za własne pieniądze. W 1937 roku został on zabrany przez NKWD, organizacje zlikwidowano, działaczy osadzeno w więzieniach, zlikwidowano. Sprawa ta także została przemilczana, budynek dotychczas nie został zwrócony polskiej społeczności. Wielkie wysiłki pokładaliśmy także przy odzyskiwaniu kościołów rzymskokatolickich w Rosji.

Poza tym, bardzo ważnym kierunkiem działania jest dla nas praca z młodzieżą, pozyskiwanie młodzieży do działalności polonijnej. Nie jest to sprawa prosta, ponieważ w większości młodzież uczy się i pracuje jednocześnie. Młodzi ludzie często nie mają czasu udzielać się społecznie. Chociaż ogólnie nie można narzekać, jednak widziałabym tu większe zaangażowanie, chcialłabym żeby młodzi ludzie zachłysnęli się sprawą polską, polonijnej działalności.

Dlatego uważam, że najważniejsze jest poczucie narodowej przynależnosci. Człowiek poświęca więcej swojego czasu wówczas, gdy zna swój język, swoją historię, kulturę, swoje tradycje. Niestety nadal ciągnie się za nami tren przynależności do narodu radzieckiego, gdy nie ma narodowości, tylko „człowiek radziecki” – bez oblicza, bez narodowości. Myślę, historia dowiodła, że nie jest to prawidłowe, tak być nie może. Historia jak gdyby wszystko postawiła na swoje miejsca. Dlatego uważam, że niezaleznie od miejsca, w którym człowiek żyje, zawsze powinien poczuwać się do narodu, do którego przynależy. Dlatego Kongres Polaków w Rosji od początku swojego istnienia bardzo aktywnie działał w opracowaniu rosyjskiego ustawodawstwa dotyczącego narodowości, mniejszości narodowych.

Opracowywaliśmy z władzami różnego rodzaju ustawy o autonomiach kulturalno-narodowych, organizacjach społecznych, braliśmy udział w opracowaniach Konstytucji, chodziliśmy na przesłuchania, składając swoje propozycje koncepcji polityki narodowościowej. Kongres Polaków w Rosji jest członkiem Rady Konsultacyjnej do spraw autonomii kulturalno-narodowościowych przy Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Do Rady należy tylko 15 przedstawicieli narodowościowych autonomii Rosji i jako Polacy jesteśmy w tej piętnastce.

Kim właściwie są mieszkający w Moskwie Polacy?

W większości są to rodacy, którzy wcześniej, w różnym czasie znaleźli się w Moskwie. Są to także małżeństwa mieszane lub obywatele z Polski, którzy studiowali w Rosji i założyli tu rodziny. Poza tym, tak zwana „nowa emigracja”, która teraz wyjeżdża poza Polskę, owszem, w Moskwie również jest obecna. Ale na razie jej przedstawiciele nie garną się do organizacji, bowiem mają przed sobą sprawy zawodowe, biznes, są bardziej zamknięci w sobie, we własnych problemach. Dość dużo Polaków przyjeżdża do Moskwy do pracy czy też do robienia biznesu.

Jak by oceniła Pani dzisiejsze stosunki polsko-rosyjskie?

W przeciągu całej historii stosunki polsko-rosyjskie były skomplikowane. Nie ukrywam, że one bardzo rzutują także na naszą działalność. Gdy jest bardziej napięta sytuacja polsko-rosyjska, przenosi się nawet na sprawy w kwestii zwrotu budynku Domu Polskiego – jest to także wksaźnik tych stosunków. Natomiast na poziomie codziennym przez te 33 lata, które mieszkam w Rosji, jako Polka czuję do siebie sympatię. Ale mieszkać i zasłużyć na dobre traktowanie – to bardzo zobowiązuje każdego człowieka, mieszkającego na emigracji. Trzeba zawsze pamiętać o tym, żeby swój naród pokazać nie z gorszej strony. Trzeba walczyć o dobre imię Polaka, gdziekolwiek Polak mieszka, ponieważ naród zawsze jest postrzegany przez poszczególną osobę.

Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.

Mam syna, który ukończył studia i już pracuje. Jest bardzo aktywny i lubiany w pracy, co bardzo cieszy mnie i mojego męża. Mam bardzo fajnego i kochanego męża. Pracuje on w biznesie, od początku dużo mi pomagał z adaptacją w Moskwie, jak też w działalności polonijnej. Dziś pięknie mówi i pisze po polsku, chociaż zaczął się uczyć polskiego po tym, jak myśmy się pobrali. Dziadek mojego męża był Polakiem, ale w 1937 roku znikł… W zasadzie mąż jest Rosjaninem polskiego pochodzenia.

Działalność polonijna – to dla mnie społeczna działalność. Jestem także dyrektorem Polsko-Rosyjskiej Izby Handlowo-Przemysłowej w Moskwie.

Jak się Pani czuje w Moskwie?

Szczerze powiem, że od samego początku, gdy ponad 30 lat temu przyjechałam z Wileńszczyzny do Moskwy, od pierwszego dnia znalazłam się w środowisku swojego męża. Byłam przyjęta dość pozytywnie i do dnia dzisiejszego czuję się tu swobodnie.

Przyzwyczaiłam się do Moskwy i czuję się tu dobrze. Nie narzekam. Dwadzieścia lat poświęciłam działalności polonijnej. Nie powiem, że jestem w pełni usatysfakcjonowana pełnią swojego zaangażowania, ponieważ człowiek zawsze widzi, że jeszcze to i tamto dałoby się zrobić. Ale staram się na tyle, na ile mi pozwalają czas i możliwości.

Dziękuję za rozmowę.

„Nasza Gazeta”, 5-11.06.2008

Być Polakiem na Litwie

Maciej Mieczkowski – ur. w 1980 r. Wilnie, jest absolwentem Polskiej Szkoły Średniej im. Jana Pawła II w Wilnie. W 2004 r. ukończył studia magisterskie na Wydziale Stosunków Międzynarodowych i Politologicznych na Uniwersytecie Łódzkim. Działał w Studenckiej Międzyuczelnianej Organizacji Kresowiaków, odbył staż w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, którego pokłosiem był cykl artykułów wyróżniony Nagrodą Młodych im. Witolda Hulewicza (2003).

Pracuje w wileńskiej Polskiej Galerii Artystycznej „Znad Wilii”, publikuje w kwartalniku o tym samym tytule. Debiut książkowy autora – „Być Polakiem na Litwie” – jest publicystyczną wersją jego pracy magisterskiej pt. „Polska mniejszość narodowa w polityce i świadomości Litwinów”.

WM: Proszę przedstawić Czytelnikowi, o czym właściwie jest Pańska książka?

MM: Podstawowymi zagadnieniami, omawianymi w książce, są wzajemne kontakty Polaków i Litwinów na Litwie, próba naprawy stosunków między nimi i zmiany myślenia poszczególnych, mniej wykształconych grup społeczeństwa.  Inaczej mówiąc, zmiana mentalności i próba budowy stosunków między obu krajami, z uwzględnieniem mniejszości polskiej na Litwie i litewskiej w Polsce.

Uważam, że w uregulowaniu i wyzbyciu się litewsko-polskich stereotypów pomocna jest znajomość i ocena historii Litwy w ostatnim dziesięcioleciu. Można by przypuszczać, że dzisiaj, po tylu latach wdrażania gospodarki rynkowej, pojawiły się nowe problemy, a stary poszły w niepamięć. Niestety, praktyka bywa nieco inna, jeszcze dziś odżywają demony przeszłości. Widać to na podstawie przykładów z prasy i mediów, jak też opracowań poświęconych temu zagadnieniu.

WM: Niezwykłą wartość stanowi tu jednak wgląd naukowy.

MM: Tak, opierałem się w tej pracy na opracowaniach znanych historyków, takich jak Piotr Łossowski, Henryk Wisner czy Krzysztof Szczepanik. Uwzględniłem oczywiście również opinie takich polityków, jak Vytautas Landsbergis, Valdas Adamkus, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, wielu innych. Rdzeniem tej pracy jest dialog publicystyczny autorytetów z Litwy i Polski na temat Polaków litewskich. Nie omieszkałem przytoczyć też wypowiedzi lokalnych działaczy polskich.

WM: W swojej książce nie omieszkał Pan również przypomnieć błędne posunięcia wileńskich działaczy i wspomnieć o wynikających z tego konsekwencjach.

Chodziło tu o wstrzymanie się od głosu przedstawicieli Polaków w sprawie Aktu Niepodległości Litwy w parlamencie (wtedy de facto oznaczało to sprzeciw) oraz próby utworzenia autonomii terytorialnej z obszarów Wileńszczyzny.

WM: Jakie kwestie, Pana zdaniem, są dziś najbardziej aktualne dla młodego pokolenia litewskich Polaków?

MM: Jak zdobyć dobrą pracę, niemałe wynagrodzenie, w jakim języku wychować swoje dzieci – żartuję. Wszystkie te sprawy są jak najbardziej ludzkie, to jest normalne. Wiadomo – nie każdy chce do końca życia „walczyć” o nasze polskie sprawyi nie każdy musi. Chodzi o to, żeby ci, którzy poczuwają się do tego silni, godnie, rzetelnie i profesjonalnie nas reprezentowali. Pomimo wielkiej pracy, która zostzała już zrobiona w ciągu 16 lat niepodległości, pomimo chęci – nie do końca nasza mniejszość jest profesjonalna. A przecież Litwa kształci świetnych specjalistów, z Polski wracają ludzie po dobrych studiach.

Ludzie ci jednak nie zawsze znajdują jakieś godne siebie zajęcie w strukturach polskich. Chodzi mi tutaj o mechanizmy pozyskiwania tych fachowców, żeby pracowali na rzecz mniejszości. Można owszem, zarzucić mi, że nie rozumiem warunków gry rynkowej, ale mnie się wydaje, że w takim wypadku studia w Polsce mało dają ludziom, których Polska wykształciła na specjalistów z zamiarem podnoszenia poziomu kultury w swoich krajach.

Doleję jeszcze oliwy do ognia – nie można nie zauważyć sprawy, że Litwinom kultura polska, w porównaniu z innymi światowymi – nie jest atrakcyjna. Wobec tego, żeby stanowić jakąkolwiek siłę, bądź zwyczajnie nie marnować potencjłu intelektualnego, trzeba się jakoś grupować, zakładać instytucje, tworzyć nowe mechanizmy, żeby Polak na Litwie był Polakiem – mniejszością wykształconą, majętną, ale lojalnym wobec Litwy. Inaczej czeka nas chaos, rozproszenie i w dalszej perspektywie zanik. I pewnie  najbardziej w młodej kadrze widziałbym nadzieję na poprawę naszej kondycji.

WM: Jak by ocenił Pan kulturalną kondycję społeczności polskiej na Litwie?

MM:   Pomimo tego, że udało się Polakom na Litwie wytworzyć dość szeroki „zakres swobód”, to jednak, moim zdaniem, brakuje nam wśród Polaków litewskich ludzi z warstw inteligencji. Nie mówię, że jej nie ma, bądź że nie kształci się młoda inteligencja, chodzi mi bardziej o to, że jest niewidzialna. Brakuje jej aktywności.

Zjawiskiem, które obserwuję już od ukończenia studiów, jest również to, że Polacy na Litwie, a prznyajmniej w Wilnie, jak gdyby „siedzą cicho”, często muszą unikać polskiego języka, np. w pracy, urzędach czy w kontaktach koleżeńskich. Chociaż to ujęcie problemeu słowem „muszą” nie całkiem jest adekwatne. Może tu chodzi bardziej o to, że nie chcą rozmawiać po polsku (oczywiście między sobą) a nieraz świadomie unikają języka polskiego. […]

Dlaczego nieraz unikamy polskiego? Odpowiedzi jest wiele. I myślę, że każdy sobie doskonale to wyjaśni. Ja natomiast chciałem zasygnalizować, że wobec całej normalności zaistniałej sytuacji, bo mieszkamy w Państwie Litewskim, mnie się to bynajmniej normalnym nie wydaje. Więc jeśli pyta Pan o kondycję kultury mniejszości polskiej, to chyba trzeba stwierdzić, że coś tu jest nie tak.

WM: Co mianowicie ma Pan na myśli?

MM:  W naszym kraju zachodzi szereg wszelakich najdziwniejszych procesów, których nie sposób nie zauważyć. Nie chcę tutaj wymieniać wszystkich, aletak mi się wydaje, że zmierzając ku normalności – normalnym się staje, że Polak na Litwie powoli transformuje się w stronę obywatela konformistycznego. Oczywiście, można to wytłumaczyć tym, że żyjemy na Litwie, a na Litwie mieszkają Litwini. Ale nie zapominajmy również, że żyjemy tu od wieków, że mamy obywatelstwo litewskie, że jako obywatele, którzy de facto są mniejszością, mamy takie same prawa jak i Litwini. A Litwini powinni nas zauważać, na przykład, w procesie zwrotu ziemi, w szkolnictwie i innych palących problemach.

WM: Galeria „Znad Wilii” jest jednym z najjaskrawszych ogniw polskości na mapie Wilna, a jednocześnie jest znakomitym przykładem konstruktywnej współpracy polsko-litewskiej.

MM: Galeria „Znad Wilii” czynnie zabiega o dobre stosunki polsko-litewskie – jest również insystucją prywatną. Sama musi wypracować sobie środki na istnienie w warunkach kapitalistycznych, a co się za tym wiąże – stara się wszystko, co robi, robić jak najlepiej, żeby później produkt który wypracuje, mówiąc bez obwijania w bawełnę, dobrze sprzedać. A ponieważ obraca się w sferze kultury, ma możliwości uprawiać te stosunki zz ludźmi, którzy najczęściej tam trafiają.

Oprócz sprzedaży dzieł sztuki, galeria gościła w swych progach wielu wybitnych osobistości światowych, ludzi znaczących zarówno na Litwie, jak i w Polsce. […] W galerii obok obrazów malarzy polskich wiszą obrazy Litwinów, Rosjan, Białorusinów, Żydów. Często dochodzi tu do dyskusji, odbywa się to w atmosferze pozytywnej – ludzie z Polski i Litwy konfrontują swoje poglądy. Polacy widzą, że poziom sztuki jest profesjonalny, a jeśli to słaby przykład, to mogę powiedzieć, że często gościmy również turystów z innych europejskich państw. Często słyszymy, że nasza sztuka jest na wysokim poziomie. A to cieszy niezmiernie i pokazuje, że tam, gdzie dialog polityczny zawodzi, można to robić poprzez kulturę.

WM: Jak Pan ocenia dzisiejsze stosunki polsko-litewskie?

MM: Dziś stosunki polsko-litewskie są dobre jak nigdy wcześniej, przynajmniej od stu lat. To powinno cieszyć rządy w Warszawie i w Wilnie. Ale zejdźmy niżej – do realnej mniejszości polskiej na Litwie. Brakuje tym stosunkom wyczulenia na krzywdy mniejszości, brakuje, pomimo deklaracji, chęci zrozumienia problemów. Okazuje się, że w żaden sposób nie można przyśpieszyć zwrotu ziemi. A ja – lojalny obywatel Litwy – nie mogę tak jak mój kolega Litwin odzyskać ojcowizny.

Naszą mniejszość stanowią ludzie – mieszkający tu, dziś i teraz. Nie wierzę w to, że nie można tych problemów rozwiązać. Wydaje mi się, że jest jakaś zmowa milczenia, pewna perfidia w tych relacjach w stosunku do mniejszości. […] 

WM: Dlaczego w swoim czasie wybrał Pan studia w Polsce?

MM: Tak się złożyło, że podczas nauki w szkole interesowałem się polityką, kulturą, sztuką. Młodemu człowiekowi Stosunki Międzynarodowe na Uniwersytecie Łódzkim w Polsce wydawały się dosyć interesującym i atrakcyjnym kierunkiem. Okazało się już na studiach, że oprócz polityki mieliśny na przeciągu studiów wiele innych przedmiotów, co siłą rzeczy pozwoliło poszerzyć horyzonty i nauczyć się, że tak powiem, szerszego myślenia.

„Kurier Wileński”, 7.07.2006 

Zagadkowy wazon

Pewnego dnia do redakcji „Magazynu Wileńskiego” przyszedł nasz stały czytelnik. Pan Jan, wilnianin (nazwisko prosił zachować do wiadomości redakcji), robiąc ubiegłego lata generalne porządki w swoim gospodarstwie na Wołokumpiach, wśród licznych nieużytecznych przedmiotów, które się nagromadziły przez dziesięciolecia, natrafił na intrygujący metalowy przedmiot. I chociaż przeleżał tam ponad 20 lat, jakoś  nigdy nie zwracał nań specjalnej uwagi.

Tym razem jednak zaintrygowało go pochodzenie i przeznaczenie owej metalowej konstrukcji. Wydobył ją spośród innych staroci, wyczyścił z piasku i wieloletniego kurzu, przyjrzał się dokładniej. Pan Jan był zdumiony, gdy „odkrył”, iż jest to wazon na kwiaty, zrobiony z… gilzy armatniej. Wazon ozdobiony jest elementem dekoracyjnym – misternie wyciętymi w metalu liśćmi dębowymi. W dolnej części wazonu zachowała się dość czytelna dedykacja:

 Panu Dyrektorowi Szkoły Zawodowej Dokształcającej

Instytut Rzemieślniczy w Wilnie

Absolwenci III roku mech. i elektr.

1936/37

Z tym właśnie „trofeum” pan Jan przyszedł do redakcji. Jak się okazało, stary wazon nie należy do pamiątek rodzinnych naszego czytelnika, a trafił do niego wraz z majątkiem, który przejął po śmierci stryjecznej siostry, w żaden sposób nie związanej z przedwojenną szkołą zawodową, figurującą w napisie dedykacyjnym.

Według słów pana Jana, przed wojną mieściły się na Wołokumpiach domki letniskowe i ogrody zamożniejszego mieszczaństwa oraz inteligencji wileńskiej. Być może właśnie tam mieszkał wspomniany w napisie dyrektor. Dzisiaj ustalenie tego jest raczej trudne. Nie mogliśmy jednak nie zgodzić się z naszym czytelnikiem, że zagadkowy wazon fascynuje oryginalnością pomysłu przekształcenia jednego przedmiotu w inny, misternością wykonania. Gilza jako pierwiastek agresji, destrukcji, wojny – rękami uczniów została zmieniona w symboliczne drzewo: pierwiastek życia, pokoju, stabilności…

Zmierzyliśmy wielkość wazonu: wysokość wynosi 25 cm, a razem z dekoracją z liści w górnej części gilzy – 37 cm. Średnica natomiast mierzy 8,2 cm. A posługując się słownictwem militarnym, można powiedzieć, iż wazon został utworzony z tzw. armatniej „osiemsetdwudziestki”.

Pomimo niewątpliwej wartości artystycznej, przedwojenny wazon z całą pewnością ma także wartość historyczną: eksponat zawiera informację o istnieniu w przedwojennym Wilnie dokształcającej szkoły zawodowej. O wspomnianej w napisie dedykacyjnym uczelni dziś już niewielu może pamiętać, bowiem uczniowie wymienionego Instytutu Rzemieślniczego są w sędziwym wieku, nie mówiąc już o wykładowcach. Dramatyczne lata wojny, okres stalinowski, kolejne fale repatriacji, gdy ludność polska masowo opuszczała Wilno i Wileńszczyznę, powojenna sowietyzacja tych terenów i starania władz radzieckich o zakasowanie lub zniekształcenie historii – wszystko działało w kierunku zatarcia pamięci o wspomnianej szkole, jak też innych przedwojennych wileńskich średnich placówkach oświatowych. Bowiem szkoła zawodowa, o której mowa, była tylko jedną wśród licznych szkół średnich zawodowych i wyższych uczelni w przedwojennym Wilnie, które pokrył kurz zapomnienia.

Zaintrygowany tajemnicą wazonu zdecydowałem, w miarę moich skromnych możliwości, chociaż trochę uchylić rąbka historii z nim związanej. Udałem się do Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego Litwy w Wilnie (CPAH) z nadzieją, iż tam znajdę tę nitkę, która może mnie doprowadzić do przysłowiowego kłębka. Dzięki pracownikom archiwum udało mi się dotrzeć do informacji dotyczących Kresów Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej. I tu odkryłem dla siebie: jakże rozległa była mapa instytucji edukacyjno-wychowawczych w przedwojennym Wilnie i na Wileńszczyźnie! Wśród zasobów archiwalnych CPAH zachowały się akta dotyczące nie tylko znanego w Europie Wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego i Wileńskiego Uniwersytetu Państwowego, lecz rownież dokumenty świadczące o działalności wielu innych, być może dziś już zapomnianych inysytucji edukacyjnych.

Przy okazji chciałbym przypomnieć, że w przedwojennym Wilnie było osiem państwowych gimnazjów polskich: imienia Orzeszkowej, Lelewela, Mickiewicza, Słowackiego, króla Jagiełły, króla Zygmunta Augusta, księcia Adama Czartoryskiego, Tadeusza Czackiego, a także Państwowe Gimnazjum im. św. Kazimierza w Nowej Wilejce. Oprócz tego działały liczne gimnazja prywatne oraz katolickie, m. in. Ferdynanda Welera, Jezuitów, Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, Humanistyczne Gimnazjum Żeńskie i in. Działało także Państwowe Liceum im. Jana i Jędrzeja Śniadeckich, Liceum im. Filomatów, Państwowa Szkoła Techniczna im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, Żydowskie Gimnazjum Humanistyczne, Litewskie Gimnazjum Witolda Wielkiego, Rosyjskie Gimnazjum Z. Bykowej-Łuninej oraz liczne państwowe i prywatne szkoły powszechne oraz dokształcające, seminaria nauczycielskie, licea, kursy, szkoły rosyjskie, żydowskie, białoruskie i litewskie. CPAH Litwy w Wilnie zawiera akta ponad 90 administracji przedwojennych szkół oraz placówek edukacyjnych. I nie ulega wątpliwości, że życie edukacyjne przedwojennego Wilna zasługuje na osobną rozprawę naukową czy obszerniejszą pracę historyczną.

Po godzinach spędzonych w archiwum natrafiłem na akta Państwowej Szkoły Rzemieślniczo-Zawodowej w Nowej Wilejce. Istniała taka szkoła. I oto wśród zachowanych dokumentów dotyczących tej uczelni odkryłem nazwę Prywatna Szkoła Zawodowa Dokształcająca Męska i Żeńska Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie. Z całą pewnością jest to właśnie ta instytucja, z którą związane jest pochodzenie wazonu odnalezionego przez pana Jana. Niestety, nie udało się ustalić w jakich latach funkcjonowała ta szkoła. W archiwum państwowym zachowały się jedynie resztki dokumentów: pięć aktów z lat 1935-1939, wśród nich szkolna Księga Ogłoszeń, Księga Korespondencji, Księga Główna Komitetu Rodzicielskiego oraz liczne podania uczniów – prośby o zwolnienia z opłat, o przyznanie bezpłatnego dożywiania itd. Wśród zżółkłych papierów zachowało się także wydanie warszawskiego dziennika „Monitor Polski” z 22 marca 1938 roku, w którym w ogłoszeniach rejestru stowarzyszeń informuje się, że „Na zasadzie postanowienia Wojewody Wileńskiego z dnia 31 stycznia 1938 roku wciągnięto do rejestru stowarzyszeń i związków Urzędu Wojewódzkiego Wileńskiego stowarzyszenie pod nazwą „Komitet Rodzicielski przy Prywatnej Szkole Zawodowej Dokształcającej Męskiej i Żeńskiej Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie”.

Dalej dziennik publikuje listę założycieli owego stowarzyszenia. Są to: Władysław Szumański, Julian Sochaczewski, Witold Druskont, Bronisław Kukiel, Edward Sienkiewicz, Kazimierz Mazuro, Alojzy Niemiec, Julian Witos, Jakub Sosnowski, Helena Trimfowa, Władysław Słonicz, Franciszek Chrul, Adolf Maksymowicz, Stefan Mass, Władysław Zubonin, Wanda Kulinowska oraz Aleksandra Szkiełojciówna. „Celem komitetu jest niesienie moralnej i materialnej pomocy uczącej się w szkole młodzieży, odżywianie jej i zaopatrywanie w odzież, obuwie, podręczniki szkolne i pomoce naukowe, urządzanie wycieczek i innych rozrywek kulturalnych, czytelni, biblioteki, kolonii letnich, burs oraz sal zajęć”.

Niestety, w dokumentach archiwum nie znalazłem adresu szkoły. Zachował się natomiast protokół egzaminu końcowego z języka polskiego w klasie III „elektrycznej”, odbytego w dniu 7 czerwca 1937 roku. Jest to jedyny dokument, w którym wyraźnie wymienia się nie tylko nazwisko dyrektora, lecz także kilka nazwisk nauczycieli oraz szkolnych władz.

„Komisja Egzaminacyjna w składzie: Helena Wierzbicka jako członek egzaminujący, Teodora Duszyńska jako członek asystujący, Józefa Terajewiczówna jako członek asystujący oraz dyrektor szkoły Leon Krawacki jako przewodniczący.” Protokół informuje, iż w tym dniu do egzaminu przystąpiło 12 uczniów klasy „elektrycznej”: Baniak Ignacy, Janowski Edward, Gajdis Wilhelm, Plawgo Mieczysław, Popławski Henryk, Pieślak Sylwester, Spirydowicz Jerzy, Stapowicz Piotr, Szczawiński Zygmunt, Szydłowski Władysław, Rum Zygmunt oraz Kopiejć Mieczysław.

Wymienione nazwiska bez wątpienia należą do osób, które ofiarowały dyrektorowi własnoręcznie wykonany wazon z okazji zakończenia roku szkolnego. Zatem z całą pewnością wazon należał do pana Leona Krawackiego, dyrektora Szkoły Zawodowej Dokształcającej Wileńsko-Nowogródzkiego Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie. Nie znamy jednak losów jego rodziny ani Instytutu Rzemieślniczego w Wilnie.

Gdyby więc pośród szanownych czytelników „Magazynu Wileńskiego” znalazły się osoby, posiadające jakąkolwiek informację na temat tej szkoły, losów jej absolwentów, dyrektora i nauczycieli – uprzejmie proszone są o kontakt z redakcją. Może udałoby się uzyskać dodatkową informację dotyczącą interesującego tematu.

„Magazyn Wileński”, 11/2005