Archive for the 'Europa' Category

Szlezwik-Holsztyn – przykładem dobrego współżycia

Reklamy

Wywiad z Marylą Rodowicz

Wywiad z Krzysztofem Zanussim

Krzysztof Zanussi: „Na Litwie odradzają się polskie elity…”

WM: Zakończył się VI Tydzień Filmu Polskiego w Wilnie. Podsumowując program, na który się złożyło osiem najnowszych filmów reprezentujących współczesną kinematografię polską, odniosłem wrażenie, że we współczesnym kinie polskim kontynuowana jest tradycja kina moralnego niepokoju. Czy to jest prawda?

KZ: Tak, to jest prawda. Generalnie biorąc, problematyka etyczna jest jak gdyby napędem wszelkich konfliktów dramatycznych. Szekspir też zajmował się tó problematyką, o tym również pisał Molier. Ale kino moralnego niepokoju – to dość specyficzne rozumienie tych kwestii, problematyki moralnej, przymierzonej do rzeczywistości codziennej. Odbajdujemy ciągle ten sam niepokój, że żyjemy nie tak, jak byśmy chcieli, że mamy społeczeństwo nie takie, o jakim marzyliśmy. To ciągle powraca. Przeżyliśmy jakiś wielki przełom i chcemy być dumni z tego, co się stało w naszej części świata. Ale też widzimy, jak bardzo sami siebie zawiedliśmy. Jesteśmy gorsi niż przypuszczaliśmy. Więc to jest motyw, który się pojawia. Dlatego „Komornik” – to też jest kino moralnego niepokoju. To jest przedłużenie tego spojrzenia, które jest dla sztuki dość naturalne. Każdy artysta cierpi widząc, że życie tak bardzo pozostaje w tyle od ideału.

Nie mamy dzisiaj tak wielkiej pasji, by robić w Polsce kino na tematy polityczne, u nas nigdy nie mogło to istnieć za komuny, ale też to nie jest powołaniem sztuki. Sztuka traci na wartości, jeżeli zajmuje się polityką. Polityka jest sprawą podatków, ponieważ najważniejsza sprawa w polityce – to kto, gdzie i za co płaci. Natomiast zajmujemy się jednak stroną wartości, a nie pragmatycznych decyzji, jakie są naturalne dla świata polityki. Stąd jak są takie skrajne momenty w życiu społeczeństwa, to czasami pojawia się takie pragnienie, żeby artysta stanął wyraźnie po stronie… Artysta staje wyraźnie po stronie wartości, a nie politycznego ruchu. On chce bronić prawdy, wolności, czyli takich rzeczy, które są wartością absolutną. A kto tam jaką partię polityczną pod to „podczepia”… Wszyscy politycy mówią zawsze, że działają w imieniu jakichś wartości i wszyscy w jakimś stopniu troszkę kłamią.

WM: Niedawno w Polsce powstała nowa instytucja filmowa – Polski Instytut Sztuki Filmowej. Czy jest to szansa dla polskiego kina?

KZ: Jest szansą nie przez sam instytut, który jest po prostu działem administracyjnym, wykonawczym, ale przez to, że nowe prawo filmowe obciążyło kulturę procentowym podatkiem. Wszelką reklamę we wszystkich telewizjach – i prywatnych, i państwowych – obciężyło 1,5-procentowym podatkiem, jak też bilety sprzedawane do kina na wszystkie filmy, również amerykańskie. I wreszcie, 1,5-procentowym podatkiem obciążono wszystkich, którzy ściągają abonament.

To jest ogromny sukces polskiej klasy politycznej, ponieważ przeciwko temu były ogromne pieniądze, głównie amerykańskich koncernów i wielkich stacji telewizyjnych, które są już bardzo potężne. Dlatego o tym mówię tu, na Litwie, ponieważ trzeba uświadomić, że z takim prawem trzeba bardzo się śpieszyć, bo wprowadzili je Francuzi, w czasach, kiedy nacisk amerykański był jeszcze słaby: oni to zrobili już w latach 50-ch. Natomiast Włosi od dwudziestu lat próbują przeprowadzić takie prawo przez parlament i zawsze lobbing amerykański powoduje, że iluś tam parlamentarzystów wyłamie się i nie zagłosuje za tym, żeby tym super bogatym coś odebrać. Oni mają do dyspozycji wielkie środki. […]

Środowisko filmowe w Polsce już od lat posiada środki, których nie mają na przykład filmowcy rosyjscy. Nie mam pojęcia, czy mają je litewscy filmowcy. Przejęliśmy zarządzanie prawami autorskimi, więc Instytut Sztuki Filmowej jest bogatą instytucją. W tej chwili stać nas na współfinansowanie filmów, fundowanie stypendiów, wysyłanie młodzieży za granicę. Jesteśmy o wiele bardziej bogatsi, niż w czasach komuny. Zarządzanie prawami auroskimi daje nam pewien naturalny zysk obrotowy, który potrafimy zrobić, gdy w coś zainwestujemy. Układa się to nadzwyczaj szczęśliwie.

WM: Czy na tym gruncie w kinie polskim pojawiają się wielkie talenty wśród najmłodszej generacji filmowców? Czy mógłby Pan wskazać nazwiska, które są przyszłością polskiej kinematografii?

KZ: Jestem zarówno wykładowcą w szkole filmowej w Katowicach, jak i kolegą tych ludzi, których ewentualnie mógłbym wskazać. To jest zawsze bardzo kłopotliwe, bo jest to wystawianie cenzury. Widzę talenty, aczkolwiek najwięcej talentów pojawia się dopiero teraz, bo trzeba było 15 lat na to, żeby ta transformacja jakoś się wyklarowała. To jest czas zamętu. Pierwsze pokolenie, które przeszło ten przełom, w pewnym stopniu się pogubiło. Bardzo dużo moich kolegów oraz moich uczniów robi dzisiaj telewizyjne seriale, robi rzeczy kiczowate, zarabia pieniędze. Natomiast wśród młodszych widzę wielu interesujących, dobrych, twórczych osobowości.

Ale możemy mówić tylko o ludziach, którzy zrobili więcej, niż jeden film. Bo jeden film to się często udaje. Zobaczymy, kto naprawdę wypłynie. Jest pani Marta Piekosz – wybitna studentka, jest pan Chabicki, którego nie uczyłem, ale są to ludzie, których możemy wskazać palcem, że na pewno są zdolni. Jest pani Szumowska, która zrobiła dziwny, interesujący film, jest nieco starsza pani Kędzieżawska, która kontynuuje bardzo wyraźną linię swoich filmów. Nie mogę powiedzieć, że nie ma na kogo patrzeć, ale jest bardzo wielu młodych, którzy w tej chwili czekają na te fundusze, które pozwolą im łatwiej coś nakręcić.

WM: Od dawna można zaobserwować Pana twórcze powiązania z Rosją. Ma Pan sporo przyjaciół w Rosji, a w filmie „Persona non grata” jedną z głównych ról odgrywa wybitny rosyjski reżyser Nikita Michałkow. Jednocześnie możemy stwierdzić, że w Polsce kulturę rosyjską w pewnym sensie zepchnięto na margines. Jak Pan łączy te rozbieżności?

KZ: W Polsce jest ogromny odrzut dla kultury rosyjskiej. Jest to związane oczywiście z rosyjskim zaborem. Polska jest sklejona z trzech zaborów i dzisiaj niesłychanie różni się po tych zaborach. To zadziwiające, jak rzeczywistość sprzed stu laty jest ciągle obecna. Wrocław, Poznań czy Katowice – to są zupełnie inne miasta. I Warszawa, jak i Wilno, jest ze starego zaboru rosyjskiego, gdzie była najniższa kultura urzędnicza i najniższa kultura materialna, wobec czego te konflikty są podszyte tamtą pamięcią. Chętnie to mówię, bo miałem być ambasadorem Polski w Roji. Otóż ja bardzo Rosję lubię, bo jest mi ona obca, jestem z pochodzenia Włochem. Nie mam z tym nic wspólnego. To jest inny świat. Nie jestem do tego świata uprzedzony. Wielu Polaków, którzy czują się trochę zrusyfikowani, mają taki histeryczny odrzut Rosji dlatego, że ona w nich troszkę rezonuje. Ja nie piję wódki, nie znoszę uczuciowości słowiańskiej, w ogóle nie jestem Słowianinem. Obserwuję to z ciekawością, bo to nie jestem ja i jest mi łatwiej.

WM: Jest to kolejna z rzędu Pańska wizyta na Litwę. Czy ma Pan już grono znajomych, przyjaciół, ulubione miejsca w Wilnie?

KZ: W Wilnie mam masę ulubionych miejsc, bardzo ładnych. Znam dobrze pana Landsbergisa, który był jednym z motywów mojego ostatniego filmu. W filmie można go rozpoznać – muzykolog, który zostaje politykiem. W Polsce takiego nie mamy. Do swojego filmu ten motyw wziąłem właśnie od niego. Wśród młodszych kolegów też mam sporo znajomych. Jest to naturalna bliskość – byliśmy bliscy sobie w latach, kiedy był Związek Radziecki, bo przyjeżdżaliżmy tutaj. Nie po to, by repolonizować Wilno, no bo po co? Wszyscy musimy dziś z bólem powiedzieć, że to nie ma dzisiaj sensu.

Natomiast zjednoczona Europa inaczej w ogóle już definiuje poczucie narodowości i sąsiedstwa, stąd fakt, że może być miasto paru narodów, jest dzisiaj naturalny. To nie jest już fakt tak wybuchowy, jaki był kiedyś. Dlatego człowiek tak dobrze się tu czuje.

WM: Jest Pan bardzo znanym i cenionym na świecie intelektualistą, sporo Pan podróżuje, zna Pan także nasze litewskie realia. Jak widzi Pan perspektywy polskiej społeczności na Litwie?

KZ: Dla mnie to jest właśnie ta jasna pespektywa zjednoczonej Europy. Jasna – w sensie promienna, a nie mroczna. Dzisiaj te napięcia szalenie słabną. Bardzo chętnie jeżdżę w te regiony, które mnie nie dotyczą, ale w których jest podobnie skomplikowana przeszłość. Patrzę na Luskemburg i na Alzację. Jeżdżę do Katalonii i dolnego Tyrolu. Widzę, jak to się obecnie zdedramatyzowało. Można dziś być niemieckojęzycznym Włochem, to nie ma wielkiego znaczenia – kto płaci podatki w którą stronę, bo i tak po części idą one do Brukseli. Bardzo bym się cieszył i cieszę się, gdy widzę, że na Litwie odradzają się polskie elity.

Dramat Polaków na Litwie polega na tym, że wyjechało stąd bardzo wielu ludzi wykształconych. To, co się stało na Białorusi, jest jeszcze straszniejsze. Tam właśnie wyjechali wykształceni, a została ta reszta, która dopiero szuka przywództwa. Polacy w Polsce wielokrotnie wstydzili się za to, że Polacy na Litwie nie znajdowali godnego przywództwa, że dawali się manipulować jakimś podejrzanym indywiduom czy wręcz ludziom o podejrzanych życiorysach. Zabrakło tu własnej elity, która by była nie tyle silna, by pilnować przed takim zagrożeniem. Dzisiaj to się odradza przez to, że młodzi ludzie się kształcą i chcą tutaj nadal mieszkać.

„Kurier Wileński„, 3.05.2006 

Nie zagubić się w uniwersalizacji

Jolanta Tambor – profesor, doktor nauk humanistycznych, wykładowca na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, założycielka i wicedyrektor Szkoły Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego. Prowadziła badania naukowe nad tożsamością i identyfikacją etniczną, dialektami polskimi, językiem artystycznym, stereotypami etnicznymi i narodowościowymi. Wydała „Fonetykę i fonologię współczesnego języka polskiego” – podręcznik dla studentów filologii polskiej, „Śpiewająco po polsku” – podręcznik dla cudzoziemców z ćwiczeniami na podstawie polskich piosenek, książki i artykuły o dialekcie śląskim. Wykładała m.in. na uniwersytetach w Kanadzie, Niemczech, Włoszech, na Łotwie, Ukrainie, także na wydziałach polonistycznych Uniwersytetu Wileńskiego oraz Uniwersytetu Pedagogicznego.

WM: Od lat jest Pani w sładzie komisji egzaminacyjnej podczas rekrutacji na wyższe studia w Polsce, które organizują Konsulaty RP w miejscach, gdzie mieszka rdzenna polska społeczność. Ma Pani dobry ogląd poziomu polskiej edukacji w różnych krajach, zarówno w Europie Wschodniej, jak i Zachodniej, w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie. Czy to prawda, że maturzyści szkół polskich na Litwie reprezentują nieco niższy poziom przygotowania, niż maturzyści w Polsce?

JT: Myślę, że nie jest to sprawa niższego poziomu, lecz zdecydowanie polega to na czymś innym. Nie można porównywać polskich dzieci, zdających egzaminy w Wilnie, we Lwowie czy czeskim Cieszynie z naszymi maturzystami, którzy przystępują do egzaminów wstępnych na studia. Nawet jeżeli polskie dzieci na Litwie chodzą do polskiej szkoły i realizują program, który ich przygotowuje „jak gdyby” do polskiej matury, to i tak nie jest to porównywalne, ponieważ dzieci żyją tu w innej rzeczywistości, mają zupełnie inną tak zwaną wiedzę ogólną. W porównaniu do żyjących w Polsce maturzystów czy w ogóle do młodzieży, dzieci i młodzież tutaj mają nieco inny ogląd rzeczywistości: czytają inne książki, oglądają inne filmy, o innych rzeczach rozmawiają w domu, na ulicy, z rówieśnikami na podwórku, na przerwie w szkole. Nawet jeżeli dziecko nie interesuje się polityką czy sprawami wyższej kultury, to między rodzicami, nauczycielami, na spotkaniach rodzinnych, a nawet w autobusie słyszy różne rozmowy, z których jakieś nazwiska, tytuły, daty, nazwy, jakaś wiedza wpada do głowy.

Pewne rzeczy utrwalają się obok wiedzy szkolnej. Tutaj dzieci też słyszą te rozmowy, ale to są najczęściej rozmowy o Litwie. Bez względu na to, czy są one prowadzone po polsku, litewsku czy rosyjsku, ludzie żyją jednak tutejszym środowiskiem, tutejszą polityką i sprawami codziennymi, ponieważ są obywatelami tego kraju. Nawet jeżeli są innej narodowości, muszą przecież realizować się tutaj. Więc nie możemy od nich wymagać, przynajmniej z przedmiotów humanistycznych, takiego samego oglądu literatury, teatru, filmu, kultury polskiej, bo dla nich to wszystko jest jednak sprawą wyuczoną, wiedzą nabytą, a nasze dzieci, oprócz tego, że się uczą o kulturze polskiej w szkole, są w to wszystko zanurzone.

WM: Czy możemy porównywać problemy polskiego szkolnictwa na Litwie z problemami Polaków, mieszkających w innych krajach?

JT: Zbyt rzadko tutaj bywam, bym mogła powiedzieć dokładnie, jak to wygląda w Wilnie, natomiast najbliższe jest mi polskie środowisko na terenie tak zwanego Zaolzia – czyli terenów, których centralnym punktem jest Czeski Cieszyn. Nie jest to Polonia, ale mieszkają tam właśnie Polacy, miejscowi Polacy, tak jak na Litwie. Szkoła Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego jest związana z polskim szkolnictwem na terenie Zaolzia, gdzie prowadzi dzałalność całoroczną, wobec czego często tam bywamy w różnych szkołach: podstawowych i średnich, a także w przedszkolach.

Tam osobiście prowadziłam badania, pisałam artykuły na ten temat, bo bardzo interesuje mnie problematyka tożsamości narodowej i etnicznej oraz związku języka z tożsamością. Stąd wiem na pewno, że na terenie Zaolzia w tej chwili radykalnie zmniejsza się liczba dzieci w polskich szkołach i przedszkolach i zmniejsza się też liczba polskich szkół. Obecnie nie ma odpowiedniej liczby osób w klasie, by móc je utrzymywać. W dużej mierze dzieje się tak dlatego, że coraz więcej jest małżeństw polsko-czeskich. Jeszcze 20 lat temu małżeństwa mieszane na Zaolziu były rzadkością, potem było ich coraz więcej. Dzisiaj coraz częściej jest tak, że rodzice wysyłają dzieci do czeskich szkół, niezależnie od tego, który z rodziców jest Polakiem. Twierdzą, że dzieci mają wówczas lepszy start życiowy. Skoro są obywatelami Republiki Czeskiej, to zdecydowanie jest im potem łatwiej w życiu. Coraz częściej uważają, że lepiej jest uczyć się w szkole czeskiej i całą wiedzę potrzebną do życia dorosłego zdobyć w czeskich szkołach, a dodatkowo uczyć się polskiego w obszarach kulturowo-cywilitacyjnych dla podtrzymania tożsamości i identyfikacji.

I to nie jest tak, że oni wyrzekają się polskości. Odrodzenie narodowościowe jest tam bardzo silne. W ogóle na Śląsku Cieszyńskim, zarówno polskim, jak i czeskim, robi się sporo, by utrzymać i pielęgnować tożsamość. Twierdzi się, że człowiek, który wyzbywa się swoich korzeni jest w dzisiejszym świecie w ogromnej rozterce, nie potrafi proadzić sobie z otaczającym światem. Odrzucenie dziedzictwa padziadów, dziadów, ojców powoduje pewne zagubienie, bo nie jest się wtedy ani Czechiem, ani Polakiem. Ale dodatkowe kształcenie polskie na tym terenie odbywa się popołudniami, w soboty, w niedzielę, poprzez uczestnictwo w zespołach tanecznych i śpiewaczych, poprzez udział w spektaklach teatralnych, konkursach recytatorskich. Dużo jest też animatorów kultury. Zresztą to tendencja ogólnoświatowa, ponieważ tak naprawdę wszędzie na świecie – we Francji, w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie nabywanie polskości odywa się dodatkowo poza głównym nurtem kształcenia. Nie ma potrzeby, aby kształcenie matematyczne, biologiczne, chemiczne koniecznie odbywało się w języku polskim, a nie w języku kraju, którego jest się obywatelem.

Tendencja taka widoczna jest również w Polsce, i to zupełnie nie przeczy postawom patriotycznym. Dziś w Polsce coaz częściej otwieramy francusko, angielskojęzyczne szkoły średnie, coraz chętniej rodzice wysyłają dzieci do takich szkół, żeby „zanurzały się” w obcym języku. Uczelnie polskie wprowadzają programy „Study in English” z przedmiotami po angielsku. W tej chwili przedmioty po angielsku prowadzi się nawet na wydziałach polonistycznych, ale oczywiście w mniejszym zakresie. Uczenie niektórych przedmiotów w języku polskim nie jest już obowiązkowe.

WM: Czyli nie powinniśmy bać się tego, że w polskich szkołach na Litwie na przykład matematyka czy fizyka będą prowadzone po listewsku?

JT: Na pewno trzeba bardzo uważać, żeby się nie przekręciło w drugą stronę. Tym bardziej w takich miejscach jak tutaj, w Wilnie,  gdzie Polaków jest tak dużo. Trzeba uważać, żeby nie zagubić się w uniwersalizacji czy państwowej unifikacji, w upraszczaniu i „ułatwianiu” sytuacji językowej obywateli, żeby nie nastąpił całkowity odwrót od języka polskiego jako mniejszościowego i żeby potem nie trzeba było wkładać ogromu pracy w odnowienie, ale osobiście myślę, że matematyka, fizyka, geografia powszczechna, biologia nie muszą być prowadzone w języku polskim.

WM: Wśród polskiej młodzieży na Litwie aktualnie spada zainteresowanie studiami wyższymi w Polsce. Czy jest to powód do niepokoju? Jak widzi Pani całą sytuację za 5-10 lat?

JT: Myślę, ż liczba studentów utrzyma się na może niskim, ale stabilnym poziomie. Bo nie zapominajmy, że mamy niż demograficzny w całej Europie. Poza tym coraz więcej możliwości daje Unia Europejska. W tej chwili jest tak dużo możliwości wyjazdów zagranicznych w trakcie studiów, w ramach programów Socrates, Erasmus, Leonardo, Mundus i wszelkich innych, że dzisiaj nie ma już potrzeby decydowania się na opuszczenie rodziny, swojego kraju, środowiska na pięć lat, bo można to zrobić na pół roku, na rok, też ostrzymując stypendium. Z tym że jest to stypendium unijne. To wszystko także obniża zainteresowanie wyjazdem na pięcioletnie studia do Polski, ale nie widzę tu powodów do zmartwienia.

WM: Proszę opowiedzieć, jak funkcjonuje Szkoła Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego?

JT: Szkoła jest jednostką, która kształci studentów przez cały rok, ale najintensywniej czyni to podczas wakacji. W ciągu roku języka polskiego uczą się u nas przede wszystkim zagraniczni studenci uniwersytetu, przyjeżdżający w ramach Erasmusa, CEEPUSA, umów bilateralnych, ale nie tylko. Na kursy zapisują się biznesmeni, którzy działają na Śląsku w firmach z kapitałem zagranicznym, dyplomaci, przedstawiciele Unii Europejskiej, cudzoziemskie żony Polaków i cudzoziemscy mężowie Polek. W czasie wakacji na cały sierpień przyjeżdżają do naszej letniej szkoły do Cieszyna (gdzie Uniwersytet Śląski ma filię) studenci i kursanci z całego świata. Jest ich co roku około 150 z wszystkich 5 kontynentów.

Oferujemy kilkadziesiąt godzin nauki języka polskiego na lektoratach, ale także seminaria o kulturze polskiej (literatura, film, teatr, obyczaje, historia), udział w koncertach na żywo, spektaklach teatralnych, pokazach filmowych, spotkaniach ze znanymi Polakami. Naszymi goścmi byli Czesław Miłosz, Stanisław Barańczak, Norman Davies, Andrzej Wajda, Krzysztof Zanusii, Kazimierz Kutz, Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki i wiele innych znakomitości polskiego życia publicznego. Co roku gościł nas w swoim domu Stanisław Lem. Intensywność takiej wakacyjnej nauki popłaca. Jestem o tym przekonana.

WM: Jak ocenia Pani studentów naszych wydziałów polonistycznych?

JT: Specyfiką Waszych polonistów jest to, że są bardzo dobrze przygotowani. To samo mogę powiedzieć i o polonistach z Ukrainy. I to niezależnie od tego, czy są polskiego pochodzenia, czy też Litwinami czy Ukraińcami. Sąsiedzi zazwyczaj nie lubią się. Belgowie nie lubią Holendrów, a Holendrzy Belgów, Francuzi Anglików, Ślązacy nie-Ślązaków itd. Pewne animozje między Litwinami i Polakami zawsze występują, tym bardziej że mieliśmy dużo wspólnych elementów historii, która przez obydwie strony czasami różnie jest postrzegana. Poza tym, nie zawsze jesteśmy skłonni wszystko wybaczać.

Różni ludzie mają różne podejście do wielu kwestii, różnie interpretują te stosunki. Ale myślę, że z takich bliskich terenów, gdzie mamy tyle wspólnych elementów historii, jeżeli ktoś rzeczywiście interesuje się historią, kulturą tego drugiego kraju, to interesuje się bardzo dogłębnie. Dlatego osoby przyjeżdżające z Litwy są bardzo dobrze przygotowane i bardzo chętne do nauki, do chłonięcia tego wszystkiego, co w Polsce mogą znaleźć.

Nie da się ukryć, że Polska ma „większą” kulturę. Jest większym krajem, literaturę ma większą, więcej osiągnięć ma polski teatr, w kinie mamy rownież nazwiska ogólnoświatowe. Stanisław Lem, Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski – to nazwiska Polaków znane na całym świecie. Więc jeżeli się człowiek tym zainteresuje, to jak najwięcej i jak najgłębiej chce poznać.

WM: Pani wypowiedzi o Litwie cechuje ciepło, zazwyczaj charakterystyczne dla Polaków, którzy przyjeżdżają do Wilna, bo mają tu korzenie. Natomiast Pani jest  Ślązaczką. Skąd te ogromne zamiłowanie do Wilna?

JT: Wilno jest piękne. Litwa jest piękna. Piękno to dla mnie jako dla polonistki tkwi w dużej mierze w polskich śladach w Waszym kraju. Wzruszający jest dla mnie każdorazowo spacer do Ostrej Bramy, dotykanie tablicy Gustawa-Konrada w klasztorze oo. Bazylianów, poszukiwanie kolejnych tablic Mickiewiczowskich – tu mieszkał…, tu napisał „Grażynę”, stód wyjechał… W ubiegłym toku przeżyłam nadzwyczajne chwile w Szetejnach, gdzie zbierałam kasztany w miejscu, gdzie jako dziecko biegał Czesław Miłosz. Polonista nie może się nie wzruszać się fotografując takie miejsca.

Ale podoba mi się też niezmiernie Litwa litewska: cudne plaże w Połądze, piękna starówka w Kłajpedzie, urocze zakamarki Starówki w Kownie, rewelacyjny zamek w Trokach, prepyszne kibini, no i wspaniałe piwo: „Švyturis” to moje odkrycie, takiego piwa nie ma w innych miejscach. Ale najważniejsze, że spotkałam tu ludzi, z którymi połóczyła mnie przyjaźń na całe życie. Nie wszyscy moi przyjaciele z Litwy mają polskie pochodzenie, ale wszyscy mają serce na dłoni.

„Kurier Wileński”, 22.04.2006