Archive for the 'Artyści' Category

Międzynarodowy festiwal zawitał do Wilna

 

untitled-6Magazyn Wileński, 11/2005

 

Reklamy

Wywiad z Marylą Rodowicz

Twarz polskiego kina: Andrzej Chyra (wywiad)

Ukończył Pan szkołę aktorską, a następnie studia reżyserskie. Jak traktuje Pan połączenie tych dwóch, w pewnym sensie, sprzecznych zawodów?

Z mojego doświadczenia znam paru aktorów, którzy reżyserują i reżyserów, którzy są aktorami. Myślę, że człowiek podlega ewolucji, jest to też kwestia pewnej potrzeby. Ostatnio zawodu reżyserskiego nie uprawiam, bo nie muszę. Sporo gram, ale na raie nie mam wyraźnego pomysłu, idei, tekstu czy historii, którą bardzo chciałbym opowiedziweć. Ale trzymam to gdzieś w sobie jako potencjalną możliwość, bo czasami wydaje mi się, że chciałbym trochę więcej. Traktuję aktorstwo bardzo instrumentalne, nie traktuję tego osobiście, chociaż używam siebie czasami bardzo osobiście.

Rzeczywiście, są w tym może sprzeczności osobowościowe, ale studia reżyserkie były mi potrzebne, żeby pewne rzeczy dla siebie zweryfikować. Studia pomogły mi uwolnić się od maniery szkolnej, był to taki czas, gdy mogłem wyjść na swoje, coś na innych spróbować, coś na sobie. Nawet jeżeli nie będę się parał reżyserią poważnie, to myślę, że moim rozwoju aktora reżyseria była istotnym etapem.

Czy aktorstwo było powołaniem, czy trafił Pan do teatru przez przypadek?

Myślę, że było to powołanie, ale na pewno nie przypadek. Pochodzę z takiego regionu i rodziny, dla której to wszystko było czymś bardzo abstrakcyjnym. Mój ojciec jest związany z górnictwem i ma bardzo praktyczne myślenie o życiu. Skoro wypowiedziałem się za aktorstwem – była to moja wola. Bowiem aktorstwo było wyraźnie czymś innym, niż dotychczasowe moje życie wówczas. Ale złożyłem papiery do szkoły aktorskiej. Pomyślałem, że trzeba spróbować, a jeśli się nie uda, to wybrać coś bardziej zdroworozsądkowego. Tak więc, nie ma w tym przypadku. Aktorstwo nieśmiało chodziło mi po głowie przez wiele lat. Gdy przyszegł moment, w którym trzeba było decydować się, podjąłem decyzję i konsekwentnie jej broniłem.

Ale początki w teatrze nie były łatwe…

Kończyłem szkołę aktorską w marnym czasie dla aktorów polskich. Były to czasy bojkotu telewizji, końcówka komunizmu. Szkołę teatralną skończyłem w 1987 roku.

Reżyseria natomiast była wyborem, związanym z tym, że szczerze mówiąc, jako młody człowiek nie bardzo wierzyłem w siebie jako aktor. Wydawało mi się, że jeszcze muszę dojrzeć. Reżyseria była takim elementem, by otworzyć dla siebie jeszcze jedną ścieżkę i jak gdyby wystawić się na próbę. Przez trzy lata robiłem programy w telewizji jako reżyser. Było to bardzo użyteczne i dopiero film „Dług” uruchmił karierę. Teatr proponował mi eksperyment, coś co by wychodziło poza tradycyjne mieszczańskie traktowanie teatru. Film jest dla mnie dziedziną realistyczną. I to jest najważniejszy sposób przedstawiania rzeczywistości. Natomiast teatr jest dla mnie totalną wolnością. Z teatrem jest jak z poezją – zderzenia, metafory, symbole, parabole itd. To instrumenty, które w teatrze są istotne, a mnie – pociągają najbardziej. Nudzi mnie grzeczny, realistyczny teatr. Lubię poszaleć.

Jak mógłby Pan swoją pracę z reżyserem filmu „Wszyscy jesteśmy chrystusami” Markiem Koterskim?

Praca za Markiem Koterskim była dla mnie bardzo ciekawa. Jest to spotkanie z wyjątkowym, bardzo ciekawym człowiekiem, artystą szalonym, bardzo precyzyjnym i bardzo dokładnie wiedzłcym co robi oraz jakich środków używa, jakich instrumentów dotyka robiąc coś. W tej pewnej niewoli, którą reżyser narzuca, walczę o jakąś wolność i autonomię – i w tym zderzeniu to było niezwykle interesujące. Scenariusz jest wspaniały, rozleglejszy, dokładnie rozpisany i brdzo precyzyjny. Film jest tak na prawdę zylko częścią tego. Być może wynika to z tego, że Marek Koterski jest bardziej literatem,  a mniej filmowcem. Ale była to wyjątkowa praca dla mnie.

Czy mógłby Pan wymienić swoje autorytety filmowe?

Moje autorytety filmowe – to właściwie cała klasyka europejska i amerykańska – Bergman, Antonioni, Fellini, Bunuel, Fasbinder. Z polskich reżyserów – Wajda, Zanussi, Kieślowski. Mówiąc o aktorach, bardzo cenię Amerykanów. Amerykanie chyba jednak wykształcili w aktorstwie coś takiego najbardziej przekonującego, chociaż moim ulubieńcem zawsze był Marcello Mastroiani, ale Amerykanie mają jednak mocniejszą szkołę aktorską. Rosjanie też mają bardzo dobrą szkołę, ale myślę, że Amerykanie są lepsi, ponieważ mają trochę lepsze spektrum. W Polsce też mamy dobrych aktrów – Janusz Gajos, Jerzy Radziwiłowcz.

Jak reaguje Pan na wzrastającą popularność?

Mało gram w telewizji. Robiłem w sumie w dwóch serialach zamkniętych, ale staram się nie przesadzać z telewizją. Myślę, że to wąaśnie telewizja tworzy popularność. Czasami widzę, że mnie rozpoznają albo z kimś im się kojarzę, ale nie do końca są pewni…

Jaki stosunek ma Pan do nagości oraz brutalności w kinie lub w teatrze?

Jeśli chodzi o nagość, zdarzyło mi się parę razy rozebrać. Ale nie traktuję tego jako coś niewłaściwego. Chodzi tu o użycie nagości. Tak się wszyscy zasłaniają, zastanawiają się, czy jest to uzasadnione, czy nie odwraca uwagi od tego, co jest sednem, pomaga to bardziej czy przeszkadza. Nagość zawsze będzie odwracała uwagę. Jeżeli jest to istotne pod względem treści, to uważam, że można to robić. Nie jest to dla mnie coś niemożliwego. Nagość w polskim kinie gdzieś tam gra cały czas. Znam moich kolegów reżyserów, którzy lubią pokazywać nagość.

Natomiast epatowanie brutalnością jest często niepotrzebne. Wszystko zależy od jej sensowności w filmie. Nie przepadam za brutalnością, chociaż postacie, które gram, nie należą do najprzyjemniejszych.

Jakie kryteria są dziś dla Pana ważne przy wyborze roli filmowej lub tearalnej?

Na razie odrzucam słabsze propozycje, bo chciałbym jednak zrobić film, który da mi satysfakcję, który będzie krokiem do przodu, a nie odrabianiem zadań, a z tym nie jest tak łatwo. Z kolei teatr – to jest to, z czego nie chcę rezygnować. Teatr ma tę przewagę, że ma ogromne zaplecze literackie – od antyku poprzez Szekspira do Czechowa. Niezależnie od tego, czy gram w filmie, czy w teatrze, staram się kreować postać, która by była współczesna, rwagowała i myślała w sposób, który jest dla nas zrozumiały. Może być kostiumowa, ale powinna mieć rysy współczesne. W teatrze mam oparcie, tematy, sprawy i ludzi, z którymi warto coś robić.

„Kurier Wileński”, 28.04.2007

Wywiad z Edytą Piechą, Narodową Artystką ZSRR

EP: Od lat mam taką tradycję, by w dniu urodzin prezentować swojej publiczności koncert, na którym poprzez swoje piosenki pokazuję swój życiorys. Tym razem będzie to spotkanie z Wilnem mojej młodości,  z miastem, w którym występowałam mając lat 20-25. Mieszkałam kiedyś w akademiku z koleżanką z Wilna, mam w Wilnie bardzo dużo niezrealizowanych sympatii.

 WM: W Wilnie zapewne pamietają jeszcze Pani występy z zespołem „Drużba”…

EP: Z „Drużba” rozstałam się 31 lat temu, w 1976 roku. Tak się złożyło, że pan Broniewicki – mój pierwszy mąż, którego zawsze będę pamiętała jako swojego stworzyciela – bo to on stworzył artysktę Edytę Piechę, ale nie chciał pogodzić się z tym, że chciałam być już po prostu Edytą Piechą, a nie solistką jego zespołu. W ten sposób po dwudziestu latach rozstaliśmy się. Ja to wytrzymałam, a on nie wytrzymał, bo zmarł w 1988 roku, niestety. Ale były to pierwsze występy i wszystko, co jest w młodości, jest oczywiście wsaniałe. A dalej już idzie walka o to, żeby być.

WM: Na swojej drodze życiowej poznała Pani wiele wspaniałych znakomitości, wiele wybitnych osobowości. Które z tych spotkań są dla Pani najdroższe?

EP: Nie zdążyłam osobiście poznać Edith Piaf. Po raz pierwszy miałam pojechać do Paryża z występani w 1961 roku, ale miałam wówczas polski paszport, więc nie pozwolono mi. Największą artystką mojego życia była także Marlena Dietrich. W 1968 roku występowała ona w Leningradzie, byłam na jej występie i dostałam nawet autograf, ale ukradli mi go później. Ale za kulisami była nieprzyjemna, taka „woskowa” pani, chociaż patrząc na nią jako widz byłam oczywiście zachwycona. Babcia z najładniejszymi nogami na świecie.

Była też taka Klaudia Szulżenko. Bardzo chciałam czegoś się od niej dowiedzieć. Szulżenko zaprosiła mnie do siebie, śpiewała w swoim mieszkaniu w Moskwie osobiście dla mnie. Było to bardzo duże szczęście dla mnie – jako dla artystki. Później, gdy obchodziłam 25-lecie działalności artystycznej, pani Szulżenko wyszła na scenę „Rossiji” i podarowała mi bukiet różowych goździków – były to jej ulubione kwiaty. Stało się wówczas coś wspaniałego w moim życiu, bo ja uczyłam się być artystką obserwując jej występy, znając ją, podpatrując wszystko to, co robi. Kiedyś zapytałam, jak trzeba zrobić, żeby „ręce śpiewały” tak ładnie jak u pani. Odpowiedziała mi, że, że jeśli serce śpiewa, to i ręce zaśpiewają. „Tylko nie nogi” – powiedziała mi wtedy.

Dostawałam też dużo kwiatów od kosmonautów.  Znałam dobrze pana Gagarina, spotykaliśmy się często na różnych występach. Graliśmy w siatkówkę kiedyś i coś mi się stało z nogą. Gagarin wziął mnie na ręce i zaniósł do punktu medycznego. Dobrze zanałam Titowa, z panią Tierieszkową byłyśmy znajome. Z Polaków znałam Sławę Przybylską. Nie znam angielskiego, więc mogę mówić tylko o tych, których rozumiem – Polaków, Francuzów, Niemców. Na Kubie też cudownie mnie określono – „La seniora cancone”.

WM: Jak się Pani czuje z tym?

EP: Czuję się jak eksponat w dobrym muzeum. Wiem, że ludzie szanują mnie, obdarowują mnie kwiatami. Gdy miałam podwójny jubileusz 31 licpa, dostałam trzy samochody kwiatów. To olbrzymie szczęście dla artysty. Dlatego czuję, że coś w tym życiu naprawdę zrobiłam dobrego, byłam potrzebna na tej ziemi. Jest to bardzo przyjemna misja dla mnie. Czuję się jak misjonarz, bo przez piosenki daję ludziom wiarę, dobroć, nadzieję, miłość. Wszystko to, czego nie miałam – straciłam ojca mając 4 lata. Wiedziałam, że muszę coś w życiu robić, by nikt mi nie zarzucił, że jestem niedobra czy najgorsza. Chciałam być zawsze silna. I to mi wyszło jakoś.

W polskiej szkole miałam bardzo dobrą nauczycielkę. Nazywała się Stanisława Kuchalska. Bardzo dużo o życiu dowiedziałam się od tej pani. Nauczyła mnie wierzyć w to, że człowiek wszystko może, jeśli bardzo będzie tego chciał. I najważniejsze jest wierzyć w Boga, we wszystko, co na tym świecie jest wokół nas. Jestem trochę staromodna, ale to mi nie przeszkladza.

WM: Myślę, że nie jest Pani staromodna, tylko klasyczna.

EP: Dziękuję bardzo.

WM: Dziś ma Pani swojego rodzaju „kontynuację” w postaci wspaniałego wnuka…

EP: W związku z moim podwójnym jubileuszem kilka kanałów rosyjskiej telewzji robiło o mnie filmy dokumentalne. Jeden z kanałów zorganizował wyjazd do małego miasteczka górniczego na północy Francji, w którym się urodziłam. Nazywa się Noyelles-sous-Lens. W tym miasteczku do dziś mieszka 70 proc. Polaków, ponieważ na początku ubiegłego wieku bardzo dużo emigrantów z Polski przyjeżdżało tu do pracy.

I gdy byłam na początku lipca, to mer miasteczka – Polak – pan Janiszewski, powiedział: „Siedemdziesiąt procent Polaków jest dumnych, że Polka jest też lubiana w Rosji, ale znaleźliśmy w internecie jeszcze jednego Polaka – Stanisława Piechę. Kto to jest?”. Odpowiadam – „Ktoś bardzo „obcy”  – mój wnuk!” Staś ma ojca Litwina. Bardzo się cieszę, bo jest podobny do niego – wysoki, przystojny i utalentowany. Coś ma ode mnie, coś od Petrasa. Ojciec Stasia, Petras Gerulis, mieszka dziś w Wilnie albo w Kownie. Małżeństwo to nie trwało bardzo długo, ale moja córka mówi, że Staś jest dzieckiem miłości. Petras był bardzo przystojny i Staś dużo po nim odziedziczył. W ten sposób automatycznie mam coś wspólnego z Litwą.

WM: Czy zdarzają się dyskusje pomiędzy Panią a wnukiem?

EP: Niestety. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ wychowywałam się sama. Nikomu nie byłam potrzebna. Mój ojczym i mama uważali, że muszę jak najszybciej zdobyć zawód, mama chciała żebym została krawcową i zarabiała pieniądze. A ja powiedziałam, że będę nauczycielką, bo pani Kuchalska powiedziała, że ja potrafie być nauczycielką, mam zdolności pedagoguczne. Tak się stało, że nie byłam nikomu potrzebna, ale wiedziałam, że muszę być silna. Jak się urodziła moja córka, do 15 lat wychowywaąa ją babcia Łotyszka. Nie miałam innego wyjścia i musiałam zostawić córkę u babci.

Byłam artystką, a moja córka byla wychowywana przez babcię Erike. Córka też wyrosła i powiedziała: „Ja też wiem, co mam w życiu robić, nie musisz mnie wychowywać, sama zrozumiem, co jest dobre, a co złe”. Ilona ukończyła Instytut Teatralny, właśnie tam zakochała się w Petrasie. Niestety, związek ten nie trwał długo. Petras jest 10 lat starszy od Ilony. Ona w tej chwili ma 46 lat, on – 56. Tak się złożyło, że każdy wychowywał się sam i nigdy bym sobie nie pozwoliła Ilonie powiedzieć: „Ty to robisz źle”. Powiedziałabym tak jak zawsze mówiłam: „Jak sie pościelisz, tak się wyśpisz”.

Stasiowi więc nieraz mówię, wiesz, byłoby dobrze gdybyś posłuchał piosenek Marka Bernesa. A on odpowiada, Edyto, a kto to jest? Ale widzę, że mój wnuk śpiewa z wyczuciem. Ma dobre serce, pisze wiersze satyryczne, jest utalentowany. Bóg postarał się, żeby na tym świecie miał coś do powiedzenia i to mu dobrze wychodzi na razie. I bardzo proszę Boga, aby wnuk mógł zatrzymać się na scenie dłużej, niż wszyscy ci, którzy dziś rodzą się na scenie jako artyści.

WM: Podobno ma Pani dyplom psychologa…

EP: Mam ukończonych 6 lat na fakultecie filozofii. Fakultet psychologii powstał dopiero 3 lata po tym, gdy ukończyłam uniwersytet. Nie miałam możliwości obrony swojego dyplomu, a temat dyplomu brzmiał: „Wzajemne relacje pomiędzy artystą i publicznością”. Profesor Ananis, który wykładał psychologię osobowości, powiedział: „Miałem szczęście kilka razy być na Pani występach. Pani już swój dyplom napisała. Może Pani nie pisać pracy dyplomowej, bo wierzę Pani. Po co tracić czas na papierek, który jeden raz albo kilka razy ktoś przeczyta?”.

W ten sposób mam tylko książeczkę studencką. W ciągu 6 lat dostałam tylko cztery czwórki, reszta – same piątki. Bo ja nie potrafię nic robić byle jak. Zawsze miałam podczucie godności. Zrobiłabym dobry dyplom, ale to zajęłoby mi kilka miesięcy, a wówczas urodziła się moja córka i nie miałam wolnego czasu. Mam papierek, na którym jest napisane: „Zaliczyła 6 lat na Fakultecie Filozofii, Wydział Psychologii”. Później już przeczytałam aforyzm – „Czym jest dyplom? Jest to świadectwo tego, że miałeś okazję czegoś się nauczyć w tym życiu”. Świadectwo to zgubiłam, ale nauczyłam się dużo. Chciałam być dobrą nauczycielką, a zostałam artystką.

WM: Co Pani pomaga i daje siły w trudne momenty?

EP: Przede wszystkim wiara. Jak tatuś zmarł, mama miała 35 lat, tata 37. Za 4 lata zmarł mój brat, który miał 17 lat, ja wówczas miałam 7 lat. Mama zawsze mówiła: „Matko Bosko Częstochowska, pomóż mi to wszystko wytrzymać, wiem, nic nie zrobiłam złego, ale za co mnie wystawiasz na taką próbę?”. Zawsze mam przy sobie malutki obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, z którym nigdy się nie rozstaje. Dostałam go w dniu Pierwszej Komunii, gdy miałam 10 lat. Mam takie malutkie marzenie – pojechać do Częstochowy i pomodlić się przed Matką Boską Częstochowską, i podziękować Jej, że była zawsze ze mną – zarówno w trudne minuty, jak też najważniejsze chwile mojego życia. Obraz ten, podarowany przez księdza w 1947 roku w miasteczku Boguszów w Sudetach, nawet nie wyblakł, nadal jest jaskrawy, wszystkie kolory zachowały się. Matka Boska patrzy na mnie i pyta – „Jak żyjesz?”, a ja odpowiadam – „Dobrze, jeszcze żyję. Dziękuję, pomóż mi jeszcze trochę”. I tak żyjemy.

Wszystko to, co jest związane z moim zawodem nazywam służeniem ludziom, bo ja służę ludziom. Jako kobieta nie odczułam szczęścia, bo uważam, że kobieta powinna sama sobie szczęście stworzyć, a ja nie miałam czasu być kobietą, ponieważ zawsze byłam artystką, zaczynając od 19 roku życia, gdy wyszłam zamąż. Wszystko polegało na tym, by dobrze śpiewać, by ludzie wychodzili z sali koncertowej i moje piosenki zostawały w ich sercach. A jeżeli jeszcze przychodzili na mój występ, to rozumiałam, że znalazłam kluczyk do ich serca.

Poza tym, pomaga mi to, że zawsze staram się na siebie patrzeć oczami kogoś innego, z innego punktu widzenia. Staram się znaleźć przyczynę. Jeśli ją znajdę, wiem, że błędu tego nie powtórzę. I w ten sposób idę dalej, nie powtarzając tego, co było dla mnie przykrością. Tak samo jest z występami. Nigdy nie powiedziałam, że dzisiaj była zła publiczność. Wówczas mówię sobie: „Ty, Piecha, nie byłaś dziś godotwa do dobrego występu. Myśl o tym, co zrobiłaś źle”. Analizuję więc, myślę, doszukuję się w sobie przyczyny, aby następnym razem było lepiej. Zawsze staram się jutro być trohę lepsza niż wczoraj i to mi pomaga w byciu artystką. Ona musi kochać siebie, ale nie być zakochaną w sobie, nie tracić głowy.

WM: Które lata Pani uważa za najpiękniejsze w swoim życiu?

EP: Francja – to ponure koloory. Była wojna. Ojciec zmarł, brat zmarł, była żałoba, były bomby. Niemcy rozstrzeliwali górników, którzy stanowili ruch oporu. To wszystko takie czarne, smutne i zupełnie nie podobne do życia.

Później Polska. Po raz pierwszy jakby zobaczyłam słońce. Zobaczyłam, że chłopcy gwiżdżą bardzo głośno na dachu domu i puszczają gołębie. Nauczyłam się nawet gwizdać, choć mama mówiła: „Nie gwiżdż, bo nie będziesz miała pieniędzy”. Do dzisiejszego dnia przypominam sobie te 9 lat spędzonych w Polsce, pamiętam te pierwsze sekundy, te odczucia, gdy jakby „ślepy” człowiek zobaczył coś jasnego, coś ładnego, coś wspaniałego. Gwiśdżę na scenie, gdy mnie głośno oklaskują, mówię wówczas, że jestem szczęśliwa i, że urosną mi skrzydła i polecę wysoko.

Musiałam wywalczyć sobie prawo pójścia do liceum pedagogicznego i uczyć się tak, by przynosić stypendium, ponieważ ojczym powiedział: „Nie przyniesiesz pieniędzy, nie dam Ci chleba”. Musiałam więc walczyć, by zakończyć liceum, które zakończyłam jako prymuska. Walczyłam o to, by pojechać do Związku Radzieckiego. Był to rok 1955. Pamiętam, gdy podczas trzeciej tury najważniejszy w komisji egzaminacyjnej profesor Uniwersytetu Gdańskiego powiedział: „Z erudycją jest Pani trochę na bakier, ale jest Pani inteligentna i myślę, że da Pani sobie radę w Związku Radzieckim”. To było naprawdę błogosławieństwo.

Dlatego moje życie ma jak gdyby trzy części – francuską, następnie polską i wreszcie Związek Radziecki. Na początku było bardzo ciężko, bo nie rozumiałam rosyjskiego i musiałam uczyć się – uczyłam się języka z prac Karola Marksa. To było coś strasznego. Ale wytrzymałam to wszystko, a później zaczęłam być artystką. Była to także szalona praca. Śpiewałam to, co mi się podobało i myślałam, że tak zawsze będzie. Ale potem okazało się, że nie zawsze dobrze śpiewam, nie zawsze jstem w formie. A jak zrobić, żeby być w formie? A jak śpiewać? Jak wychodzić na scenę, żeby wszystko było w porządku? Tego wszystkiego musiałam dowiedzieć się sama, ponieważ nie skończyłam konserwatorium, ani szkoły teatralnej. Nie miałam zielonego pojęcia.

Ale wiedziałam, jak trzeba żyć na tej ziemi i jak mówił mój ojczym – „trzeba pracować, pracować”. Mama mówiła, że muszę być krawcową, musisz nauczyć się być dobrą żoną, a ja tu jestem artystką – zupełnie coś absolutnie nowego. Tak się złożyło, że nie był to ostatni odcinek mojego życia. Myślę, że jeszcze zrobię coś dobrego w tym życiu, może kogoś nauczę być dobrym artystą, ale na razie myślę o sobie. Zaproszono mnie, abym wykładała kurs etyki w Szkole Teatralnej.

WM: Jak często dziś używa Pani języka polskiego?

EP: Po polsku nie mówię już 52 lata, tylko czasami. Przyjaźnie się z konsulatem polskim w Petersburgu, pomogłam z występem z okazji 80. rocznicy podpisania stosunków dyplomatycznych polsko-rosyjskich. Pan konsul Jarosław Drozd bywa na moich występach. W związku z moim jubileuszem powiedział wspaniałe słowa: „Gdy się Pani urodziła, Pan Bóg powiedział – Trzeba ją pokochać, bo ona tego zasłużyła”. Czuję, że Pan Bóg mnie trochę pokochał.

Gdy w 1965 roku pojechałam po raz pierwszy występować w paryskiej „Olimpii”, a potem w 1969 roku po francusku prowadziłam dwuczęściowy występ leningradzkiego Music Hall’u – to myślałam, że już nie przypomnę języka francuskiego. Ale po dwóch tygodniach zaczęłam mówić tak, że po rosyjsku zaczęłam mówić źle.

WM: Była Pani pierwszą radziecką artystką, która wystąpiła na tych najbardziej prestiżowych scenach świata…

EP: Paryska „Olimpia” bardzo mi pomogła w życiu artystki. Miałam też szczęście wystąpić w Carnegie Hall w Nowym Jorku, ale był to występ nie dla amerykańskiej publiczności, tylko dla społeczności rosyjskiej. Do Carnegie Hall zostałam zaproszona przez towarzystwo „Ojczyzna” w 1985 roku. Miałam koncert 9 maja, zaśpiewałam piosenkę „Dień Pobiedy” i cała sala śpiewała ze mną. Ludzie płakali, a Amerykanie krzyczeli „brawo” i „bis”, bo dlatego, że jestem trochę inna. Dlatego zostałam 50 lat na scenie, bo jestem niepodobna do innych. Występ w Carnegie Hall była na bardzo wysokim poziomie. Potem jeszcze pięć razy zapraszano mnie zaśpiewać dla społeczności rosyjskiej. W Kanadzie śpiewałam też dla Polaków. Mam bardzo bogaty życiorys artystki, zaliczyłam około 40 państw, w których występowałam.

WM: Z jakim uczuciem przyjeżdża Pani do Wilna?

EP: Z nadzieją, że Wilno mnie spotka gorącymi oklaskami, że przyjdzie mnóstwo ludzi. Z okazji jubileuszu udzieliłam bardzo dużo wywiadów. Mówiłam nieraz żartobliwie do dziennikarzy, że chyba pańska mama czy babcia lubiła Piechę, więc przyszliście do mnie…

WM: Moja mama mówiła: „Pugaczowa jest wulgarna. Popatrz na Piechę, widzisz jaka jest? A wiesz dlaczego? Bo jest Polką!”

EP: Dziękuję bardzo, ba pewno to jest w krwi u wszystkich Polaków. Trzeba być zawsze ładnym, starać się zawsze nieść kulturę. To jest najważniejsze dla człowieka i dla kobiety. Pugaczowa jest bardzo utalentowana, ale ona o tym nie chce wiedzieć. A ja zawsze chciałam wiedzieć wszystko.

Dziękuję i proszę przekazać ukłony dla Pana mamy.

WM: O czym dzisiaj marzy Edyta Piecha?

EP: Przede wszystkim, aby być zdrową. Muszę uważać na siebie, pragnę być zdrową, aby móc obudzić się z rana i powiedzieć – „Jak ty się dobrze czujesz! To jest wspaniałe”. Trzeba tylko wierzyć. Najważniejsze moje marzenie – to być zdrową i życzyć zdrowia wszystkim ludziom. Życie każdego człowieka – to bumerang. Z jakimi uczuciami rzucasz go w przestrzeń, z tym samym do Ciebie wraca. Dlatego zawsze życzyłam ludziom szczęścia, dobroci, miłości i myślę, że ludzie też mi tego życzą. Dzięki temu jestem żywa i wyglądam nie na 70 lat, a trochę mnieji czuję się normalnie.

„Kurier Wileński”, 1.10.2007

Posłuchaj tej rozmowy w całości tu:  Wywiad z Edytą Piechą 

Tadeusz Drozda: „Kabaret jeszcze żyje!”

WM: Proszę okiem eskperta określić, jakie poczucie humoru mają Polacy?

TD: Myślę, że Polacy ogólnie nie mają zbyt wysublimowanego poczucia humoru. Tak jak ze wszystkim – Polacy są gdzieś w środku. Z poczuciem humoru jest tak samo. Oczywiście, Polacy mają manię wielkości i większość Polaków uważa, że nasz naród jest wybranym narodem. Strasznie o sobie mamy dobre mniemanie, ale myślę, że znajdujemy się w dobrej średniej światowej i poza ten środek nie ma co wyskakiwać.

Poza tym Polacy lubią śmiać się z innych, natomiast obrażają się, jak się mówi dowcip o nich samych. Oczywiście, jeśli mówi się dowcip o Polakach w Polsce – to jeszcze pół biedy. Natomiast jak cudzoziemcy zaczynają żartować z Polaków, to Polak nabiera powietrza, jest wkurzony, że niby jak ktoś może dostrzegać nasze wady narodowe. Na przykład, słynne dowcipy o kratoflach na temat pana prezydenta i pana premiera w Niemczech. Nie są to jakieś wybitne żarty, ale nie jest to też jakieś strasznie obraźliwe. Widać po reakcji naszych władz, jak oni są uczuleni. Jakiś idiota napisze głupi dowcip w gazecie, a my od razu występujemy z notą dyplomatyczną, obrażamy się, podczas gdy inni to w ogóle odpuszczają.

Gdyby Andrzej Lepper miał reagować na wszystkie dowcipy, które na jego temat się pojawiają, to musiałby nic nie robić, tylko na te publikacje odpowiadać. W końcu ludzie lubią się pośmiać. Dowcip bywa wysublimowany, ale bywa też chamski – tak jak wszystko. Polacy są nazbyt poważni w stosunku do dowcipu, jest on dla Polaka czymś znaczącym.

WM: Co człowiekowi daje poczucie humoru?

TD: Poczucie humoru – to patrzenie na siebie i na świat na luzie. Jak człowiek jest potwornie zakompleksiony, to nie ma poczucia humoru. Tylko ludzie bez kompleksów mają poczucie humoru, bo wiedzą, że pewne fakty można tak zestawić, że buduje to jakiś żart i jest śmieszne. Natomiast tacy jak Hitler i Stalin, czy paru innych nie mieli poczucia humoru albo mieli specyficzne poczucie humoru. Im bardziej odchodzimy od poczucia humoru, tym bardziej idziemy w kierunku zamordyzmu. Ludzie z poczuciem humoru – to są ludzie wielcy. Żaden wieli człowiek światowy nie obrażał się na jakieś tam żarty, mało tego – sam je wymyślał.

WM: Jak buduje Pan żart? Co Pana inspiruje?

TD: Oczywiście, życie. Niestety, tacy faceci jak ja, jesteśmy dinozaurami polskiego kabaretu, polskiej estrady, ponieważ reagujemy na rzeczywistość nas otaczającą. Natomiast moi młodzi koledzy raczej wymyślają abstrakcyjne sytuacje, których właściwie nie ma. Dla mnie trudnym by było wymyślić dowcip, monolog czy tekst kabaretowy niezwiązany z życiem. Natomiast widzę, że młodzi ludzie odwrotnie – nie majł talentu, żeby obserwować co się dzieje i to komentować, tylko stwarzają własną rzeczywistość i bawią się w swoim świecie.

W dzisiejszym polskim kabarecie raczej nie ma obecności polskiego dowcipu politycznego czy obyczajowego. Polityka jest jaka jest, ale młodzi w ogóle nie zauważają tego, co się dzieje dookoła. Myślę, że w polskim kabarecie przyszły inne czasy.

WM: Rosjanie, na przykład, w zasadzie nie mają tak wysoko rozwiniętej kultury kabaretu jak Polacy…

TD: Ale dziś kabaret w Polsce właściwie nie jest potrzebny. Na scenie żartuję, że osiągnęliśmy ideał i Polska ma taki system, że kabaret stał się zbędny, bo wszystko jest idealne – nie ma z czego żartować. Mamy najmądrzejszych ludzi rządzących, jest tak dobrze, że kabaret w ogóle nie jest potrzebny. Ale to jest prawda, ponieważ oprócz mnie i jeszcze kilku „zboczeńców” nie ma ludzi, którzy komentują to, co się dzieje dookoła. […]

WM: Jest Pan również znakomitym felietonistą. Czy myśli Pan o wydaniu książki?

TD: Przez długi czas pisałem w wielu gazetach felietony. Jestem jednak tak leniwy, że ktoś musi mnie zmusić do roboty. Jestem ciągle w trakcie pisania sztuki teatralnej, już napisałem właściwie połowę, ale uważam, że trzeba ją pisać od nowa. Uważam, że dla literata, dla pisarza bardzo ważne, by ciągle go coś zmuszało do cotygodniowego napisania nowego tekstu. Lenistwo powinno być karane.

WM: Jaki jest dzisiejszy Polak? Jak by Pan określił go z dystansu satyryka?

TD: Polak – to nic nadzwyczajnego, mimo że każdy Polak uważa, że jest czymś nadzwyczajnym. Polak uważa, że jest lepszy od Niemca, od Rosjanina – na pewno. Jeśli chodzi o relacje Polak – Litwin, to takiej relacji raczej w ogóle nie ma, bo w Polsce raczej nie zauważamy, że gdzieś tam jest jakaś Litwa. My – to taki wielki kraj, a Litwa – to takie malutkie byle co. Jeżeli już, to porównujemy się z Rosją, Francją, Niemcami – to są nasi partnerzy. Żaden Czech czy Słowak dla Polaka – to nic. Polacy mają poczucie wielkości, że jest się narodem wybranym. Zawsze wśród wielkich tego świata znajdziemy Polaków i z nimi utożsamiamy się.

Przeciętny Polak jest, niestety, niewykształcony, który szkołę skończył dla papierów. Dzisiaj już nie, ale mówię bardziej o moim rówieśniku lub trochę młodszym. Dzisiaj młodzież jest pazerna na wiedzę, a dzisiejszy dwudziestoletni Polak – to zupełnie inny człowiek, niż dwudziestolatek 20 lat temu. Komunizm nauczył łba nie wychylać, tylko nazbierać papierów, gdieś się urządzić, trochę ukraść itd., więc napewno Polak bardzo się zmienił.

Smutne jest to, że dzisiejszy Polak, ktąry ma wykształcenie, ambicje, który zna języki, nie znajduje miejsca w Polsce. Dzisiejsza Polska tak jak sto lat temu jest źródłem siły roboczej dla świata. Ludzie wyjeżdżają. Jak się pójdzie do restauracji gdzieś w Dublinie, to można mówić po polsku, bo szef czy właściciel jest Polakiem i obsłużą nas po polsku. Wsiadasz do taksówki w Londynie i od razu mów po polsku. Wolałbym jednak, żeby Polakom, których Polska wykształciła, do głowy nie przychodziło wyjeżdżać.

Co innego – Polacy na Litwie. Nie ma Polonii, bo to Polska stąd wyjechała, a Polacy zostali. Oczywiście, nie jest to wina ani Polski, ani Litwy. Ale kocham tu przyjeżdżać. W Polsce jesteśmy zachwyceni Zachodem, włazimy do pewnej części ciała temu Zachodowi, nie mając pojęcia o własnej wartości, znakomitej kulturze, historii – mamy czym się chwalić. W Polsce nie potrafimy nieraz obronić polskości, dlatego bardzo wzrusza mnie tak olbrzymia miłość do polskości mieszkaćów Wilna i Wileńszszyzny. To dla mnie szok. Takiego patriotyzmu w Polsce w ogóle nie widzi się. 

WM: Czego może spodziewać się publiczność, z którą dzisiaj Pan się spotyka?

TD: Występuję z programem „Kabaret jeszcze żyje”. Dzisiejsze kabarety raczej nie komentują tego, co się dzieje, a ja jestem ostatni na liście, który stara się mówić o tym, co jest. Mówię i niestety narażam się. Trudno. Dopóki w Polsce nie jest tak, że zamykają za dowcipy – a nigdy tak nie było, nawet za najgorszej komuny. Oczywiście, niektórzy mieli kłopoty, ja też miałem. Mówiąc krótko, będę się narażał w dalszym ciągu.

„Kurier Wileński”, 19.03.2007

Rozmowa z Krzysztofem Niesiołowskim, wilnianinem, dyrektorem Teatru „Baj”

Krzysztof Niesiołowski: „W naszym teatrze dzieci nie boją się i nie płaczą”

Wilno przedwojenne kojarzy się dla mnie przede wszystkim z moim dzieciństwem. Mieszkałem z rodzicami na ulicy Zamkowej 24, gdzie z naszego balkonu było widać popiersie Juliusza Słowackiego. Codziennie chodziłem do szkoły, która nazywała się „Dziecko polskie”. Po wojnie w tym budynku był już Komitet Centralny Partii Komunistycznej Litwy.

W Wilnie człowiek na codzień ocierał się z historią. Pamiętam Wilno jako miasto ludne, gwarne. Jeździły autobusy, które z trudem, ale mieściły się na Zamkowej. Mówiło się wówczas, że jedziemy „arbonem”. „Arbon” – to była firma szwajcarska, która produkowała i dostarczała te autobusiki do Wilna. Od listopada do marca w Wilnie było bardzo dużo śniegu. Miasto właściwie było szaro-białe. A ta dzisiejsza kolorowość Wilna, która nie wiem, czy jest zgodna z zapisami historycznymi, też mi się bardzo podoba. Teraz Wilno jest piękniejsze i jest miastem bardziej efektownym, niż było do 1939 roku. Ale oczywiście, nostalgia za starym Wilnem ciągle pozostaje.

WM: Jak się zaczęła Pana przygoda z teatrem lalek?

KN: W życiu ludzie czasem mówią nieprawdę, że niby od dziecka chcieli być kimś. Wydaje mi się, że bardzo często to jednak przypadek człowieka ustawia w życiu. Mój ojciec, Tymon Niesiołowski, był malarzem, profesorem na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, więc sprawy sztuki i malarstwa były mi bliskie.

Moje pierwsze doświadczenia teatralne wiążą się właśnie z Wilnem. Swój pierwszy spektakl oglądałem na ul. Końskiej, gdzie wówczas mieściły się zespoły aktorskie – polskie teatr lalek „Bajka”, „Wileński teatr lalek” oraz Żydowski teatr „Maidim”. Wszystkie te zespoły jakoś razem funkcjonowały. W 1941 roku, jako trzynastoletni chłopak, obejrzałem spektakl polskiego zespołu. Było to marionetkowe przedstawienie „Nowe szaty króla” w teatrze marionetkowym Olgi Totwen, który działał w ramach Teatru Młodego Widza na ulicy Końskiej. Był to mój pierwszy kontak z teatrem lalek.

Dziwne, mistyczne miejsce, najwęższa uliczka w Wilnie – Końska – tak przyciągała lalkarzy. Po wojnie powstał tu litewski teatr „Lėlė“. Wilnianka Olga Totwen po wojnie w Gdańsku założyła teatr „Łątek“, dziś teatr „Miniatura“.

WM: A jak się potoczyły losy Pana i pańskiej rodziny po wojnie?

KN: Kiedy w 1945 roku transportem uniwersyteckim przyjechaliśmy do Torunia, powstał Uniwersytet Mikołaja Kopernika, a mój ojciec był założycielem Wydziału Sztuk Pięknych. Placówka ta kontynuowała tradycje wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego. Nie było wówczas Akademii Sztuk Pięknych, tylko Wydział Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Stefana Batorego. W Toruniu więc w 1946 roku zdałem maturę i rozpocząłem studia na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. W tymże roku do Torunia z Bydgoszczy został przeniesiony teatr lalek „Baj pomorski”, który zresztą założyła też wilnianka Irena Pikiel. Ona też zaprosiła do grania w nim studentów i tak zaczęliśmy w 1946 roku.

Tak rozpoczął się dla mnie bardziej świadomy kontakt z teatrem lalek, ale traktowaliśmy to wówczas bardziej jako zabawę, jako sposób dorobienia trochę pieniędzy na życie studenckie. Zadebiutowałem w roli Raka-Nieboraka w sztuce o Raku-Nieboraku i Pstrągu-Dziwolągu. Ale była to właściwie przygoda jednorazowa.

Po tym próbowałem zdawać na architekturę, która zresztą do dzisiaj mnie interesuje. Chciałem też pójść do Szkoły Teatralnej, na co mój ojciec, mimo że artysta, miał XIX-wieczny pogląd, więc powiedział: „Do tych komediantów nie pójdziesz”. Nie pozwolił mi, więc pracowałem jeszcze kolejny rok w teatrze „Baj pomorski”, a w 1948 roku została otworzona Wyższa Szkoła Filmowa w Łodzi. Według ojca film – to „nic takiego”, więc zdałem do tej szkoły i studiowałem tam przez dwa lata.

W 1951 roku przyjęto mnie jako aktora, a natępnie asystenta reżysera w warszawskim Teatrze Lalek „Guliwer”, gdzie pracowałem do roku 1954. A w 1954 roku dyrekcja teatru w porozumieniu z Ministerstwem Kultury wysłała mnie na czteroletnie studia lalkarskie do Pragi, ponieważ w Polsce brakowało wówczas dyplomowanych reżyserów lalek. Obecnie Wydział lalkarski, który kształci aktorów i reżyserów teatru lalek, znajduje się w Białymstoku.

Po ukończeniu studiów w 1958 roku otrzymałem dyplom Wydziału Reżyserii Teatru Lalek i Dramaturgii Lalkowej. Po powrocie z Pragi zatrudniłem się w Teatrze Lalek i Aktora „Baj” w Warszawie, a pierwszym wyreżyserowanym przeze mnie spektaklem była sztuka „Nowe szaty króla”.

WM: Jak bardzo różni się widz dzisiejszy od widza z tamtych czasów?

KN: Widz, który przychodził do teatru tuż po wojnie, nie miał telewizji. Właściwie nawet nastolatki przychodziły do nas. Wraz z filmami oraz powstaniem telewizji to się zaczęło zmieniać. W tej chwili raczej przychodzą do nas dzieci przedszkolne i uczniowie młodszych klas – pierwszej, drugiej, trzeciej.

WM: Proszę opowiedzieć o teatrze, którego jest Pan dyrektorem i kierownikiem artystycznym.

Jestem najstarszym w Polsce dyrektorem i kierownikiem artystycznym zawodowego teatru lalkowego. Najdłużej zajmuję to stanowisko w całej historii naszego systemu teatralnego. Kieruję teatrem „Baj” od 1973 roku, a pracuję w teatrze od 1946 roku.

Teatr „Baj” został założony w 1928 roku dzięki społecznej inteligencji „Robotnicze towarzystwo przyjaciół dzieci”. Na początku nie było żadnych etatów, teatr nie miał też swojego pomieszczenia. W 1939 roku miasto podpisało umowę, która finansowo zezwoliła na zagranie w ciągu roku 150 spektakli dla dzieci. W tamtych czasach 150 spektakli w ciągu sezonu to było bardzo dużo!

W 1945 roku aktorzy, którzy przetrwali wojnę, znowu zebrali się w trupie i wznowili działalność. W 1954 roku warszawski Teatr „Baj” otrzymał pomieszczenia po byłym żydowskim teatrze przy ulicy Jagiellońskiej, a obok znajduje się Dworzec Wileński oraz Bazar Wileński. W tym samu roku „Baj” otrzymał status państwowego teatru.

W 1990 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki postanowiło przekazać większość teatrów dla władz lokalnych, więc od 1992 roku teatr jest municypalny. Obecnie finansowanie dla teatrów przeznaczane jest przez prezydentów miast. W tej chwili Warszawa liczy wiele teatrów. Trzy z nich lalkowe – w tym Teatr „Baj” – to teatry municypalne.

Od początku orientowaliśmy się na widza dziecęciego. Właśnie tu sformował się repertuar polskiego teatru lalek. Do 1939 roku autorzy pisali sztuki specjalnie dla teatru „Baj”. Przed wojną Teatr „Baj” nie tylko tworzył spektakle, ale także organizował kursy dla nauczycieli oraz wszystkich interesujących się teatrem lalek.

WM: Czy i jak „Baj” funkcjonował w czasie wojny?

KN: W czasie wojny teatr półlegalnie pokazywał przedstawienia klasycznych baśni. Spektakle dla dzieci były organizowane przez organizacje społeczne. Podczas wojny do teatru Getta Warszawskiego wniesiono lalki, w getcie były przygotowane dwa różne spektakle i potajemnie odgrywano je dla więzionych tam dzieci.

Jeden z najbardziej znanych badaczy naszego teatru Henryk Jurkowski właśnie w Teatrze „Baj” zobaczył pierwsze w swoim życiu przedstawienie lalkowe. Zainspirowany naszym teatrem Henryk Jurkowski wydał książkę „W kręgu warszawskiego „Baja”.

WM: Czym więc „Baj” różni się od pozostałych teatrów?

KN: Teraz w większości przedstawień teatrów lalkowych lalki nie dominują. Zawsze rozważam, czego rzeczywiście wymaga utwór – tylko lalki, czy też aktora, grającego z lalką czy obok niej. Ale Teatr „Baj” założony jako teatru dla dzieci! W Polsce istnieje dziś 26 lalkowych teatrów municypalnych! W repertuarze naszego teatru są różne przedstawienia, nie tylko lalkowe.

Jednak o wszystkim decyduje sztuka: czy jest potrzeba, by aktor był obok lalki? Moim zdaniem, małe dzieci nie lubią aktorów – jest on dla nich zbyt duży, nawet niebezpieczny. Jesteśmy dumni, że możemy rodzicom powiedzieć, że w naszym teatrze dzieci nie boją się i nie płaczą.

Inna sytuacja składa się, kiedy w mieście, w którym jest teatr lalek, nie ma teatru dramatycznego. W Warszawie jest kilkanaście teatrów municypalnych, które specjalizują się według granego repertuaru. Oprócz lalkowego teatru „Baj” są jeszcze dwa municypalne teatry lalkowe – „Lalka” oraz „Guliwer”. „Baj” w ciągu sezonu gra 12 przedstawień. Repertuar jest tworzony tak, by odpowiadał interesom różnych grup wiekowych i publiczność mogłaby wybierać. Jednak najbardziej nas lubi mały widz.

“Kurier Wileński”, 3.11.2007

Rozmowa z Jackiem Łumińskim, dyrektorem Śląskiego Teatru Tańca

Jacek Łumiński: „Młodzi Polacy na Litwie na pewno chcą mieć poczucie dumy z własnej narodowości, ale nie chcą zamykać się w polskim getcie”

JŁ: Z Litwą związały mnie najpierw kontakty zawodowe. Potem uzależniłem się od niezwykłych pejzaży, fascynującej historii, kultury i ludzi – tych trochę zagubionych, przepełnionych wątpliwościami, jak też tych, którzy nie dostrzegają wartości drzemiących w starej tradycji oraz tych dumnych, silnych, otulonych świetlistą aurą dającą im poczucie wartości i siły.

Podczas pierwszej wizyty w Wilnie w 1996 roku na festiwalu „New Baltic Dance” , gdzie wraz ze Śląskim Teatrem Tańca mieliśmy swoją litewską premierę, poznałem bardzo dużo ludzi, z wieloma zaprzyjaźniłem się na dobre i na złe.

Wracałem do Wilna niemal co roku. Tancerze, choreografowie, wykładowcy z Litwy zaczęli przyjeżdżać też do nas na Międzynarodową Konferencję Tańca Współczesnego i Festiwal Sztuki Tanecznej w Bytomiu. Później do zawodowych artystów dołączyli studenci z Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru.

W Wilnie zakochałem się od dawna. Bardzo mi się tu podoba. Kiedyś nawet obiecałem sobie, że kupię mieszkanie w Wilnie i pewnie tak będzie. Chętnie przeprowadzę się do Wilna!

WM: A jak dziś możemy określić sytuację tańca współczesnego na Litwie?

JŁ: Litewski taniec współczesny jest bardzo teatralny. Więcej jest w nim czystego teatru, niż tańca, ale niezależnie od tego jest kilka osób, które mają znakomite oryginalne pomysły. Ciekawe rzeczy robią, na przykład Aira Naginevičiūtė oraz Birutė Letukaitė, których gościliśmy na Festiwalu w Bytomiu. Ich spektakle są litewskie i tym unikalne.

WM: Taniec współczesny jest jednak zbyt mało znany szerszej publiczności, w tym polskiej na Litwie. Odnosi się wrażenie, że jest to bardzo elitarny kierunek sztuki.

JŁ: Taniec współczesny nie jest elitarny. Elitarny jest natomiast balet, gdyż balet był stworzony dla klas wyższych, rządzących i był promowany przez cara. Wówczas miał bardzo wysoką pozycję. Za czasów komunistycznych balet został przejęty przez władze komunistyczne  jako element propagandy siły i wielkości narodu. Jedak balet nigdy nie trafiał do zwykłych ludzi, a jeżeli trafiał, to z czystego snobizmu, o ile był kierowany do prostych ludzi.

Natomiast taniec współczesny pojawił się z klasy robotniczej. Oczywiście, nie z klasy robotniczej Związku Radzieckiego, tylko Stanów Zjednoczonych. Przy tym określona koncepcja elitarności Stanów Zjednoczonych przekłada się też na grunt tańca współczesnego. Jest to taki środek, który był kierowany do tamtej klasy pracującej i utrzymywany był przez klasę pracującą – związki zawodowe, partie polityczne czy też domy kultury.

WM: Dzięki Śląskiemu Teatrowi Tańca Polacy mogą z dumą dziś mówić o polskiej szkole tańca współczesnego. Na czym polega jej specyfika?

JŁ: Wynika ona z połączenia międzynarodowych trendów z polskimi tradycjami – zarówno w muzyce, jak i teatrze, z polskimi tańcami i zwyczajami ludowymi.

WM: Kulturowe powiązania Polski i Litwy są unikatowe w kontekście historii kultury Europy. Czy w dobie globalizacji przenikanie się tych naszych kultur może stanowić dziś wartość?

JŁ: Wydaje mi się, że w ogóle każdy kraj Europy Środkowo-Wschodniej ma pewne punkty styczne, wspólne cechy, które wynikają z długowiecznych powiązań oraz wielonarodowości, która była przecież bardzo chatakterystyczna dla naszej części świata.

Cecha wielonarodowościowych związków nie istniała natomiast nigdy na Zachodzie. Z kolei w naszej części Europy mamy mnóstwo narodowości żyjących ze sobą, co stwarza unikatowy schemat kulturowy, który w tych miejscach wszędzie jest podobny. 

Podobnie jest z Litwą. W wielu wypadkach Polska i Litwa są traktowane jako jeden kraj, dlatego że przez wiele stuleci był to jeden organizm państwowy. Wydaje mi się, że przenikanie się naszych kultur jest najbardziej wartościowe – bez względu na politykę czy jakieś siły zewnętrzne. Ludzie czują dziś więź na zupełnie innym poziomie.

WM: Czy środowiska polonijne są w stanie stworzyć i zaprezentować na płaszczyźnie sztuki coś, co by było ciekawe i wartościowe nie tylko dla utrzymania tożsamości narodowej, lecz także w skali międzynarodowej?

JŁ: Myślę, że w dużej mierze zależy to od celów, jakie prześladują polskie środowiska na świecie. Czasami celem jest utrzymanie kulturowych związków z Polską poprzez kultywowanie sztuki ludowej – takiej troszeczkę muzealnej.

Natomiast są też takie środowiska, które rozszerzają pole działania – chcą tworzyć coś bardziej współczesnego, na bazie sztuki współczesnej.

Jeżeli tak jest, to na pewno mogą zaproponować światu coś takiego, co będzie ciekawe w kontekście międzynarodowym, nie tylko lokalnym i nie tylko do utrzymywania więzi z Macierzą.

Z mojego punktu widzenia często jest tak, że nie wszyscy garną się do tańca ludowego czy muzyki ludowej. Rozszerzenie propozycji utrzymania więzi czy rozwijania kultury narodowej poprzez sztukę współczesną jest o wiele mocniejsze, ponieważ trafia do większej ilości osób. […]

Z kolei wybieranie czegóś tylko i wyłącznie z powodów narodowościowych, moim zdaniem, jest niezdrowe. Jeżeli dzieło sztuki posiada wartość artystyczną, to bez względu na animozje pomiędzy poszczególnymi narodami, wzbogacamy przecież siebie, uczymy się wzbogacać swoją własną kulturę. […]

Nie ma takiej kultury, która jest lepsza od innej, bo w każdej kulturze znajduje się coś, co jest wspaniałe i coś, co jest nie do zaakceptowania. Poprzez kontakty międzykulturowe należy to, co najlepsze absorbować, a to co jest niedobre odrzcucać. I niwelować w swojej własnej kulturze pewne niedobory, bo one istnieją.

WM: Czy wobec tego poczynania artystyczne Polaków na Litwie mają szanse, by rzeczywiście zaistnieć na światową skalę?

JŁ: Myślę, że szanse są, tylko musi być wymiana kulturowa, a nie kwaszony ogórek, zamknięty w słoiku. Zmieszanie polskości i litewskości i tworzenie na tym gruncie czegoś współczesnego może mieć ogromne wartości międzynarodowe.  Kultura polska na Litwie zawsze będzie inna – tak jak inna jest na Śląsku, w Wielkopolsce czy Małopolsce. W dobie globalizacji wiele kultur i cech miesza się.

Globalizacja jednak wzmacnia kultury regionalne poprzez to, że uświadamiasz sobie wartości swojej własnej kultury i w ten sposób nie odrzucając tego, co jest na zewnątrz, tylko wzmacniasz własne poczucie wartości. To jest typowe dla wielu kultur na świecie. Z mojego punktu widzenia, to, co się dzieje w tej chwili w Europie i na świecie jest pozytywne i należy z tego skorzystać.

Dlatego uważam, że trzeba budować mocniejsze związki z sąsiadami, jednocześnie nie zapominając, kim się jest. W dobie powszechnej unifikacji i globalizacji myślę, że młodzi Polacy na Litwie na pewno chcą mieć poczucie dumy z własnej narodowości, ale nie chcą zamykać się w polskim getcie. Jak to zrobić? Muszą znaleźć sobie drogę sami.

„Kurier Wileński”, 22.01.2007