15420840_1168402193227823_757256758748226306_n

Reklamy

Szlezwik-Holsztyn – przykładem dobrego współżycia

Międzynarodowy festiwal zawitał do Wilna

 

untitled-6Magazyn Wileński, 11/2005

 

Wywiad z Marylą Rodowicz

Dyplom konkursu „Orle Pióro”

ZPL1

free counters

Twarz polskiego kina: Andrzej Chyra (wywiad)

Ukończył Pan szkołę aktorską, a następnie studia reżyserskie. Jak traktuje Pan połączenie tych dwóch, w pewnym sensie, sprzecznych zawodów?

Z mojego doświadczenia znam paru aktorów, którzy reżyserują i reżyserów, którzy są aktorami. Myślę, że człowiek podlega ewolucji, jest to też kwestia pewnej potrzeby. Ostatnio zawodu reżyserskiego nie uprawiam, bo nie muszę. Sporo gram, ale na raie nie mam wyraźnego pomysłu, idei, tekstu czy historii, którą bardzo chciałbym opowiedziweć. Ale trzymam to gdzieś w sobie jako potencjalną możliwość, bo czasami wydaje mi się, że chciałbym trochę więcej. Traktuję aktorstwo bardzo instrumentalne, nie traktuję tego osobiście, chociaż używam siebie czasami bardzo osobiście.

Rzeczywiście, są w tym może sprzeczności osobowościowe, ale studia reżyserkie były mi potrzebne, żeby pewne rzeczy dla siebie zweryfikować. Studia pomogły mi uwolnić się od maniery szkolnej, był to taki czas, gdy mogłem wyjść na swoje, coś na innych spróbować, coś na sobie. Nawet jeżeli nie będę się parał reżyserią poważnie, to myślę, że moim rozwoju aktora reżyseria była istotnym etapem.

Czy aktorstwo było powołaniem, czy trafił Pan do teatru przez przypadek?

Myślę, że było to powołanie, ale na pewno nie przypadek. Pochodzę z takiego regionu i rodziny, dla której to wszystko było czymś bardzo abstrakcyjnym. Mój ojciec jest związany z górnictwem i ma bardzo praktyczne myślenie o życiu. Skoro wypowiedziałem się za aktorstwem – była to moja wola. Bowiem aktorstwo było wyraźnie czymś innym, niż dotychczasowe moje życie wówczas. Ale złożyłem papiery do szkoły aktorskiej. Pomyślałem, że trzeba spróbować, a jeśli się nie uda, to wybrać coś bardziej zdroworozsądkowego. Tak więc, nie ma w tym przypadku. Aktorstwo nieśmiało chodziło mi po głowie przez wiele lat. Gdy przyszegł moment, w którym trzeba było decydować się, podjąłem decyzję i konsekwentnie jej broniłem.

Ale początki w teatrze nie były łatwe…

Kończyłem szkołę aktorską w marnym czasie dla aktorów polskich. Były to czasy bojkotu telewizji, końcówka komunizmu. Szkołę teatralną skończyłem w 1987 roku.

Reżyseria natomiast była wyborem, związanym z tym, że szczerze mówiąc, jako młody człowiek nie bardzo wierzyłem w siebie jako aktor. Wydawało mi się, że jeszcze muszę dojrzeć. Reżyseria była takim elementem, by otworzyć dla siebie jeszcze jedną ścieżkę i jak gdyby wystawić się na próbę. Przez trzy lata robiłem programy w telewizji jako reżyser. Było to bardzo użyteczne i dopiero film „Dług” uruchmił karierę. Teatr proponował mi eksperyment, coś co by wychodziło poza tradycyjne mieszczańskie traktowanie teatru. Film jest dla mnie dziedziną realistyczną. I to jest najważniejszy sposób przedstawiania rzeczywistości. Natomiast teatr jest dla mnie totalną wolnością. Z teatrem jest jak z poezją – zderzenia, metafory, symbole, parabole itd. To instrumenty, które w teatrze są istotne, a mnie – pociągają najbardziej. Nudzi mnie grzeczny, realistyczny teatr. Lubię poszaleć.

Jak mógłby Pan swoją pracę z reżyserem filmu „Wszyscy jesteśmy chrystusami” Markiem Koterskim?

Praca za Markiem Koterskim była dla mnie bardzo ciekawa. Jest to spotkanie z wyjątkowym, bardzo ciekawym człowiekiem, artystą szalonym, bardzo precyzyjnym i bardzo dokładnie wiedzłcym co robi oraz jakich środków używa, jakich instrumentów dotyka robiąc coś. W tej pewnej niewoli, którą reżyser narzuca, walczę o jakąś wolność i autonomię – i w tym zderzeniu to było niezwykle interesujące. Scenariusz jest wspaniały, rozleglejszy, dokładnie rozpisany i brdzo precyzyjny. Film jest tak na prawdę zylko częścią tego. Być może wynika to z tego, że Marek Koterski jest bardziej literatem,  a mniej filmowcem. Ale była to wyjątkowa praca dla mnie.

Czy mógłby Pan wymienić swoje autorytety filmowe?

Moje autorytety filmowe – to właściwie cała klasyka europejska i amerykańska – Bergman, Antonioni, Fellini, Bunuel, Fasbinder. Z polskich reżyserów – Wajda, Zanussi, Kieślowski. Mówiąc o aktorach, bardzo cenię Amerykanów. Amerykanie chyba jednak wykształcili w aktorstwie coś takiego najbardziej przekonującego, chociaż moim ulubieńcem zawsze był Marcello Mastroiani, ale Amerykanie mają jednak mocniejszą szkołę aktorską. Rosjanie też mają bardzo dobrą szkołę, ale myślę, że Amerykanie są lepsi, ponieważ mają trochę lepsze spektrum. W Polsce też mamy dobrych aktrów – Janusz Gajos, Jerzy Radziwiłowcz.

Jak reaguje Pan na wzrastającą popularność?

Mało gram w telewizji. Robiłem w sumie w dwóch serialach zamkniętych, ale staram się nie przesadzać z telewizją. Myślę, że to wąaśnie telewizja tworzy popularność. Czasami widzę, że mnie rozpoznają albo z kimś im się kojarzę, ale nie do końca są pewni…

Jaki stosunek ma Pan do nagości oraz brutalności w kinie lub w teatrze?

Jeśli chodzi o nagość, zdarzyło mi się parę razy rozebrać. Ale nie traktuję tego jako coś niewłaściwego. Chodzi tu o użycie nagości. Tak się wszyscy zasłaniają, zastanawiają się, czy jest to uzasadnione, czy nie odwraca uwagi od tego, co jest sednem, pomaga to bardziej czy przeszkadza. Nagość zawsze będzie odwracała uwagę. Jeżeli jest to istotne pod względem treści, to uważam, że można to robić. Nie jest to dla mnie coś niemożliwego. Nagość w polskim kinie gdzieś tam gra cały czas. Znam moich kolegów reżyserów, którzy lubią pokazywać nagość.

Natomiast epatowanie brutalnością jest często niepotrzebne. Wszystko zależy od jej sensowności w filmie. Nie przepadam za brutalnością, chociaż postacie, które gram, nie należą do najprzyjemniejszych.

Jakie kryteria są dziś dla Pana ważne przy wyborze roli filmowej lub tearalnej?

Na razie odrzucam słabsze propozycje, bo chciałbym jednak zrobić film, który da mi satysfakcję, który będzie krokiem do przodu, a nie odrabianiem zadań, a z tym nie jest tak łatwo. Z kolei teatr – to jest to, z czego nie chcę rezygnować. Teatr ma tę przewagę, że ma ogromne zaplecze literackie – od antyku poprzez Szekspira do Czechowa. Niezależnie od tego, czy gram w filmie, czy w teatrze, staram się kreować postać, która by była współczesna, rwagowała i myślała w sposób, który jest dla nas zrozumiały. Może być kostiumowa, ale powinna mieć rysy współczesne. W teatrze mam oparcie, tematy, sprawy i ludzi, z którymi warto coś robić.

„Kurier Wileński”, 28.04.2007